czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 8

Budynek Wydziału Nauk Ścisłych na Uniwersytecie Jacksonville przypominał odrobinkę dworzec kolejowy. Zbudowany był z czerwonej cegły, był dość duży i posiadał niewielką wieżyczkę zegarową w lewym skrzydle. Otaczał go ogród pełen dzikich róż, gdzie studenci przeróżnych kierunków rozkładali koce i jedli brunche w papierowych pudełkach. Dzisiejszy dzień był bardzo przyjemny, nie bardzo gorący, ale, jasny, wypełniony energią, co można było poczuć właśnie tutaj - na uczelni i pachnący croissantami, dżemem malinowym oraz radością.
Stałam u wrót budynku, ubrana w lekką białą sukienkę i skórzane sandałki na płaskim obcasie od Stev'a Maddena. Trzymałam w rękach dwie duże kawy ze Starbucksa i kilka ciasteczek owsianych w papierowej torebce. Czekałam na Jasona, chciałam zrobić mu niespodziankę. Sprawdziłam na stronie internetowej, że zajęcia powinny skończyć się mu właśnie teraz - o 13.20.
Po kilku minutach patrzenia się w obłoki, zobaczyłam go - z grubym zeszytem w ręku, żywo rozmawiającego  z wysokim ciemnoskórym chłopakiem i równie wysoką blondynką z kilkoma kilogramami nadwagi. Wyglądał dzisiaj na bardzo szczęśliwego.
Gdy obok mnie przechodzili, nawet mnie nie zauważył. Lekko się zirytowałam, chociaż nie byłam ani trochę zła, wiedząc, że to nie jego wina. Ruszyłam za nim, poklepałam go polecach.
- Kogo my tu mamy?! Susan Orchards, za chwilę znajdę się na okładce wszystkich gazet w stanie! W czymś ci pomóc, złotko? - żywo zapytał, ciekawy powodu mojego przyjścia. Jego przyjaciele zachichotali, serdecznie się uśmiechając. Poczułam się trochę dziecinnie jako niska, wątła licealistka, w płaskich butach i krótkiej sukieneczce.
- Jestem Kathleen. Kathleen Davenport. - przedstawiła się radośnie blondynka w obszernej koszulce Nike z płytkim dekoltem i jasnych luźnych jeansach. Uścisnęłyśmy sobie dłonie.
- Tommy Radmon. Jason o tobie sporo mówił. - ciemnoskóry chłopak wyciągnął do mnie swoją dużą dłoń i mrugnął. Spojrzałam na Jasona i wysłałam mu pytające spojrzenie. Zaczerwieniłam się.
- Chciałam chwilkę pogadać z Jasonem. Bardzo miło was poznać. - uśmiechnęłam się. Kathleen i Tommy poszli kupić frytki belgijskie, a ja z Jasonem usiedliśmy na ławce w ogrodzie. Chłopak miał na sobie szary T - shirt z logo Ledd Zeppelin i luźne jeansy do kolan. Jego włosy wydawały się lekko dłuższe, a granatowe oczy świeciły się tak samo mocno jak zawsze. 
- Chciałaś porozmawiać o tym co wydarzyło się w moim apartamencie? - zapytał z lekka pozbawiony pewności siebie. Straciłam ochotę na rozmowę, zachciało mi się opalania w jego towarzystwie. Milczałam przez pół minuty, wystawiając twarz w stronę słońca.
- Zależy ile mamy czasu. Jest kilka rzeczy, o których chętnie bym porozmawiała. - powiedziałam, patrząc mu w oczy.
- Mamy półtorej godziny. Potem mam lektorat z hiszpańskiego. Tyle wystarczy prawda? - odpowiedział.
- Tak, oczywiście. Tylko, że chcę mieć pewność, że ci nie przeszkadzam ani nic. Nie musisz się przygotować? - słowa same przechodziły mi przez usta. Trochę nad tym nie panowałam, ale byłam szczęśliwa.
- Nie przeszkadzacz, o nic się nie martw. Cieszę się, że przyszłaś. - uśmiechnął się delikatnie. - Dla kogo jest ta kawa, bo mam ogromną ochotę? - wskazał palcem na kubki ze Starbucksa.
- Przyniosłam dla nas! - odparłam wesoło. - Mam jeszcze ciasteczka owsiane. - wręczyłam mu kawę i papierową torebkę.
- Dziękuję, nie musiałaś. - widać było, że nie spodziewał się tego.
- Wiem, że do przerwy wiosennej zostało już mało czasu, ale... może chciałbyś ze mną gdzieś pojechać? - ogarnęła mnie euforia, że udało mi się wydusić z siebie to pytanie. - widziałam niedawno tanie bilety do Buenos Aires, zawsze chciałam tam pojechać... I pomyślałam sobie, że może... - przerwałam, by zobaczyć jego reakcję. Zadławił się kawałkiem ciasteczka, w jego oczach pojawiła się iskra. Widać było, że targają nim sprzeczne uczucia.
- Susan, znamy się od dwóch tygodni. - odparł cicho, po czym położył swoją dłoń na mojej.
- Wiem. I w tym momencie nasuwa się nam kolejny temat do rozmowy. Czy chcemy tą znajomość "kontynuować"? Co to znaczyło dla ciebie - to w twoim apartamencie? - zapytałam, patrząc na nasze dłonie.
- To zależy od tego jakiej odpowiedzi oczekujesz. - powiedział po krótkiej chwili zastanowienia. Przysunął się do mnie bliżej. Uśmiechnęłam się do siebie, patrząc wciąż na nasze dłonie. Oboje milczeliśmy. Jason przysunął swoją twarz tak blisko mnie, że prawie stykaliśmy się nosami.
- Powiesz mi czego oczekujesz, czy nie? - szepnął. Czułam, że jestem rozpalona na twarzy. Pochyliłam lekko twarz w prawo i pocałowałam go delikatnie. Odwzajemnił pocałunek, prawie niewyczuwalnie mocniej. Poczułam przyjemny dreszcz. Z trudem odkleiliśmy nasze wargi od siebie, wiedząc że niepowinniśmy robić tego w miejscu publicznym. 
- Możesz sama latać samolotem? - Jason miał przyspieszony oddech i był lekko zaczerwieniony.
- Tak. - tylko to potrafiłam z siebie wydobyć.
- I jesteś pewna, że nie ma żadnych przeciwskazań do naszej podróży do Argentyny? - zapytał.
- Z mojej strony nie ma żadnych - odparłam z pełnym nadziei uśmiechem na usatch.
- Zarezerwuj bilety. - powiedział wesoło.
- Wyślę ci wszystko mailem, a ty pomyśl nad planem podróży, dobrze? - zapytałam z coraz większym entuzjazmem. Jason w odpowiedzi jeszcze raz delikatnie pocałował mnie w usta.
- A może wieczorem spotkamy się, żeby wszystko dokładnie obgadać? - zapytał.
- Jak najbardziej dobry pomysł. - odparłam beztrosko. Co z tego, że umówiłam się z Savannah na oglądanie najnowszego odcinka Project Runway, mogę przecież to odwołać. W tym momencie Jason jest najważniejszy. - Pasuje ci 18? - zapytałam.
- Tak, wyślę ci jeszcze SMS - a jakoś o 17. - odparł. 
Pożegnaliśmy się, trzymając się za ręce. Ja rowerem pojechałam do domu, on poszedł na zajęcia. Ostatni raz na niego spojrzałam, gdy wchodził schodami do budynku. Potknął się i na chwilę stracił równowagę. Podbiegł do niego Tommy. Przez chwilę o czymś rozmawiali, Jason był bardzo szczęśliwy, lubię go w takim stanie. Po chwili poczułam na swoim policzku łzę. Mimo to, że większość osób o tym nie wiedziało, a nawet gdyby się dowiedziało to nie uwierzyłoby, byłam bardzo wrażliwą osobą i łatwo było doprowadzić mnie do płaczu, nawet z błachych powodów. Zerwałam sobie kępkę liści dzikiej róży i włożyłam do koszyka.









piątek, 1 maja 2015

Rozdział 7

Poczułam paraliż w całym ciele. Cienkie, szorstkie sznurki wrzynały się w moje nadgarstki,  kostki i biodra. Byłam przywiązana do krzesła. Drzazgi wbijały się w moje ciało. Próbowałam krzyczeć, ale ciepła dłoń, pachnąca mdłym kremem kokosowym trzymała mocno moje usta, nie poddając się moim desperackim próbom uwolnienia się, poprzez majtanie głową na wszystkie strony. Wreszcie poczułam jak obkleja mi dolną część twarzy mocną taśmą budowlaną. Chwilę potem odkleiła mi tą samą taśmę z oczu, wyrywając dużą kępkę rzęs. To była Ayumi Ito. Zobaczyłam jej tajemniczy uśmieszek, oraz czarne oczy, które błyszczały. Za nią stały Elaine Roerig i Sarah Bennet, chichotały. Ayumi przecięła mi koszulkę. Elaine wyjęła z wiadra duży, płaski płat mięsa, ociekający krwią. Położyła mi go na nagiej klatce piersiowej. Był zimny i cuchnący, po moim ciele przeszedł dreszcz. Wybuchnęły śmiechem. Rozsmarowały na mnie resztę krwi i wmasowały we włosy, jakby była to odżywka.
- Będziesz pięknie pachnieć! – zawołała Sarah, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Gdy zapach krwi rozniósł się po starym warsztacie samochodowym, w którym znajdowałyśmy się, Ayumi wyszła z pomieszczenia i wróciła po kilku minutach z pewnym narzędziem, którego dokładnie nie widziałam. Nastawiła coś. Po chwili usłyszałam warkot, który zagłuszył, lecącą z zardzewiałego gramofonu piosenkę Nirvany ‘’Breed’’. Warkot przypominał kosiarkę. Dopiero potem dotarło do mnie, że Ayumi stoi tuż za moimi plecami z mechaniczną piłą łańcuchową. Opiera swoje, pachnące kokosem ręce na moich ramionach i po chwili obydwie topimy się niczym gorący wosk. Poczułam przeszywający ból…
Obudziłam się w swojej sypialni, cała czerwona, płytko oddychając. Wczoraj wieczorem, gdy znalazłam krew we własnym portfelu pobiegłam do domu. Po drodze spotkałam dziewczyny siedzące przed domem Elaine. Gdy zobaczyły mnie w tym stanie – rozdrażnioną i pojękującą co kilka sekund, roześmiały się do rozpuku. Tak jakby dokładnie wiedziały co mi się przytrafiło… Od tamtej chwili prześladowały mnie różne dziwne myśli i koszmary, na które zupełnie nie miałam ochoty.
Po kilku godzinach spędzonych na płakaniu w poduszkę i próbach obejrzenia ostatniej części Piratów z Karaibów, postanowiłam wypocić swoje troski i iść na trening biegacki, przygotowujący do zawodów stanowych, które miały odbyć się za dwa miesiące. Żółta, sportowa koszulka z cienkiego materiału firmy New Balance tylko podkreślała niezdrowy kolor mojej cery, ale obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować. Tenisówki tej samej firmy miały o 2 numery za duży rozmiar, kupiłam je, ponieważ posiadały zamszowe wstawki i idealnie pasowały do żółtej koszulki. No i były z edycji limitowanej. Ludzie, których spotkałam na bieżni przyglądali mi się uważnie, zapewne, gdyby wiedzieli jak beznadziejnie się czuję, zdziwiliby się bardzo, ponieważ nieskromnie lecz obiektywnie stwierdzę, że mimo tego słabego samopoczucia, bladości cery, podkrążonych oczu i braku energii wyglądałam całkiem przyzwoicie.
Pff… Wyglądałam perfekcyjnie. Nazywam się Susan Orchards i wyglądam perfekcyjnie nawet w dresie, po pięciu melanżach, dwóch nieprzespanych nocach i bez makijażu.
Po pięciu kilometrach, przebiegniętych w ciągu niecałych dwudziestu minut byłam wykończona, ale i bardzo szczęśliwa. Wysiłek fizyczny był najlepszym pomysłem jaki przyszedł mi do głowy w ciągu ostatnich dwóch dni. W towarzystwie dwóch sympatycznych chłopców – studentów lokalnej Akademii Wychowania Fizycznego, którzy przychodzili do centrum sportu na praktyki, udałam się do pobliskiej kafejki, gdzie sprzedawano zdrowe lody. Wybrałam te o smaku truskawek i liczi i wśród krzewów begonii, która przestawała już kwitnąć, rozmawialiśmy o moich wynikach i rekordach biegackich. Dominick i Dave wypowiedzieli same komplementy na mój temat i z rozmarzonymi oczami wypisali mi kupon do darmowego korzystania z tutejszego klubu fitness i spa na najbliższy rok.
Kupiłam jeszcze porcję lodów liczi na wynos w kubku termicznym, ponieważ smakowały wyśmienicie, a liczi było moim ulubionym owocem i zawsze, gdy spotykałam jakiś produkt z niego musiałam go kupić. W szóstej klasie kupiłam papierosa elektrycznego tylko dlatego, że był o zapachu liczi. Gdy mama go znalazła troszkę się zdziwiła, mimo że już w tamtym okresie było wiadomo, że nie będę łatwym nastolatkiem.
W trakcie drogi do domu czułam się bardzo dobrze. Florydzkie słońce w kolorze dojrzałej pomarańczy właśnie schodziło za horyzont. Samochody z piskiem opon wchodziły w zakręt obok, którego stałam, wiatr przyjemnie chłodził moją zaczerwienioną skórę. Tak było do momentu, w którym poczułam zapach mdłego, kokosowego kremu. Słońce gwałtownie schowało się za chmurami, żaden samochód nie jechał ulicą, powietrze stało się jeszcze bardziej parne niż zwykle. Pachniało nieprzyjemną mieszanką spalin, kokosa, stęchlizny i dziwnej, podejrzanej woni, którą skądś znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Zakręciło mi się w głowie, upadłam na kolana. Wszędzie widziałam krew, w mojej ręce nie wiem skąd, pojawił się nóż. Czarne ptaki, podajże kruki skubały kawałki mięsa z czegoś co przypominały martwą sarnę, która leżała trzy metry po mojej lewej. Ayumi Ito, Elaine Roerig, Sarah Bennet, Savannah Carradine, Kristen Zayas i kilka innych moich koleżanek taplały się we wielkim jeziorku, wypełnionym gęstą krwią, wesoło o czymś rozmawiając. Poczułam coś uderzającego w moją twarz. Była ziemia, rzucona we mnie wielką łopatą przez Jasona, który płacząc mówił coś do mnie, niestety nie mogłam zrozumieć co. Nagle zawiał silny wiatr i wszystko to znikło niczym nietrwały popiół. Na końcu pojawiła się jeszcze jedna postać. Mężczyzna. Nie poznałam go.
- Musisz się zmienić, musisz zrozumieć jakie błędy popełniasz. Jak zachowujesz się wobec ludzi. Jakie są dla ciebie najważniejsze wartości. Jesteś jednym wielkim niczym. – odparł opanowanym głosem, łza kręciła mu się w oku.
- Dobrze. – nie wiem dlaczego wypowiedziałam to słowo, byłam tak kompletnie zmieszana, że nie wiedziałam co się dzieję. Łzy poleciały mi po policzkach. Mężczyzna otarł je swoimi delikatnymi, ale silnymi dłońmi.
Stałam przy drodze, gdzie mnóstwo samochodów nieuważnie wchodziło w zakręt, słońce zachodziło, a cudowny wiaterek rozwiewał mi włosy. Nie było czuć już mdłego kokosa, tylko słodki zapach kwitnącej begonii, prawdopodobnie czułam go ostatni raz w tym roku. Uwielbiałam ten zapach.

Czy to był tata?

wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 6

Na głównej ulicy Jacksonville, potocznie zwanej Shotline mieściło się kilka znanych w obrębie całej Florydy klubów. Jeden z nich był szczególnie sławny, aż do tego stopnia, że miejsca w nim trzeba było rezerwować kilka miesięcy przed imprezą. Dobra muzyka, srebrne szyby, ekskluzywne jedzenie, wyborne alkohole – wszystko to wydawało się być perfekcyjnym zestawieniem na jedyne w życiu, słodkie osiemnaste urodziny. 

Niestety Elaine Roerig nie zadbała o jeden mały szczegół, aby urządzić najlepszego party świata.
Była cudowna sobota – ciepła i słoneczna. Powietrze pachniało szczęściem, morską bryzą i kwitnącą begonią. Słychać było śmiech dzieci i ich rodziców, jedzących świeże lody waniliowe z ekologicznej cukierni przy skrzyżowaniu oraz dźwięk deskorolek, jeżdżących po patio państwa Deegweed – sąsiadów.
  - Zachowałaś się jak kompletna suka! – warknęła Ayumi Ito, tupiąc nogą w moje marmurowe schody. Obok niej stała wściekła Elaine Roerig z kompletnie rozmazaną maskarą wokół oczu. Pod palmą siedziała znudzona Sarah Bennet z jedną różową słuchawką w uchu. Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu i każda z nas zdawała się chętna zabicia drugiej. Nie potrafiłam wydobyć z siebie ani słowa.
Wczoraj był dość ważny dzień, miała się odbyć jeszcze ważniejsza impreza. Impreza, którą zobowiązałam się zorganizować. Było to ustalone już od dawna, a ja najzwyczajniej w świecie zapomniałam. Czas zleciał tak szybko… Pój Jackson High zebrało się wczoraj u wrót Shotswing przy Shotline Street, poubierane w najlepsze ciuchy, czekające na najlepszą imprezę w historii tej szkoły. Nie wpuszczono ich do lokalu z prostej przyczyny… nie mieli zarezerwowanych miejsc. Osiemnastka Elaine okazała się kompletnym niewypałem. Upokorzyła się przed szkołą, a urodziny spędziła w tanim barze wietnamskim, lejąc swoje łzy na ‘’sajgonki z Hanoi’’.
Ja w tym czasie albo ćwiczyłam jogę, albo leżałam w łóżku fantazjując o Jasonie. Teraz Ayumi, Elaine i Sarah znajdowały się na marmurowych schodach przed moim domem i wlepiały we mnie mordercze spojrzenia.  W sumie wyszła z tego trochę głupia sytuacja, ale nie zamierzałam błagać je na kolanach o wybaczenie i udawać, że jest mi z tego powodu bardzo przykro. Co ostatnio te dziewczyny dla mnie zrobiły? Gdy miałam wypadek, w szpitalu odwiedziła mnie Savannah - jedna z ‘’fanek’’, nawet nie wiem, do której klasy chodzi. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przepraszam. – tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić. Nie otrzymałam odpowiedzi. Dziewczyny nadal patrzyły się na mnie z nienawiścią, nawet nie mrugając oczami. Słychać było tylko niegłośną piosenkę Sama Smitha, wydobywającą się z Iphona Sarah. Ścisnęło mnie w brzuchu.
- Twoje ‘’przepraszam’’ nic nie zmieni. – odparła Elaine, przez zaciśnięte usta.
- Masz świadomość, że świat się nie skończył, prawda? – uśmiechnęłam się, ku zdziwieniu siebie i dziewczyn. Widać było, że moja reakcja poddenerwowała je jeszcze bardziej. Ayumi z całej siły kopnęła wielką, kamienną wazę, która rozbiła się na kilka części. Nie dość, że ta waza była cholernie droga, była też jedną z niewielu pamiątek po moim tacie. A Ayumi o tym doskonale wiedziała.
- To koniec, Susan Orchards. Nie jedziemy razem na ferie wiosenne. Wieczorem odwołam hotel. Mamy dosyć bycia traktowanymi przez ciebie jak śmieci. – wyrecytowała Ayumi. Dziewczyny spojrzały się na siebie porozumiewawczo, po czym lekko uśmiechnęły.
- Jesteście nimi. – odpowiedziałam cicho, ale wystarczająco głośno, aby to usłyszały. Mimowolnie poleciała mi łza po policzku, gdy zerknęłam na wazę. Weszłam do domu. Nie czułam się źle. Czułam się po prostu lekko zmieszana. Byłam z siebie dumna, że zachowałam swoje zdanie do końca i pokazałam swoją osobowość. Nie ważne, że po policzkach ciekł mi wodospad łez. Przystawiłam drzwi do ucha, aby usłyszeć rozmowę dziewczyn, które jeszcze stały na ganku. Niestety nie udało mi się usłyszeć niczego oprócz słowa ‘’pożałuje’’. Jedyne co zobaczyłam to znikający za cisami biały sweterek od Calvina Claina Sarah.
Już miałam sięgnąć po Iphona i zadzwonić do Jasona, ale w porę się powstrzymałam. Jeszcze pomyśli sobie, że jestem jakąś nachalną i niedającą rady poradzić sobie ze swoim życiem idiotką. W tym momencie normalnie wskoczyłabym do basenu, ale nie wiadomo z jakiego powodu było mi zimno. Bardzo zimno.
- Mamo, waza się rozbiła! Ayumi niechcący się o nią oparła! – krzyknęłam, przypominając sobie o stracie. Kolejne trzy godziny spędziłyśmy na sklejaniu wazy.
***
Wieczorem pojechałam kolejką nadziemną na targ rybny po świeże owoce morza. Miałam ochotę na miętusa w sosie jarmużowym. Chciałam kupić też langusty i kilogram muli. Po stresujących sytuacjach wyglądałam jakby to powiedzieć delikatnie… niekorzystnie. Miałam fioletowe dołki pod oczami, które i tak były prawie niewidoczne po nałożeniu kryjącego korektora MAC, blade usta i nieujarzmione włosy. Zapach martwych ryb albo był dzisiaj dużo intensywniejszy, albo po prostu tak mi się wydawało. Tak bardzo chciałam skończyć rybne zakupy, że z pośpiechu potknęłam się o sieć rybacką i wpadłam w ramiona starego rybaka, pachnącego alkoholem i tabaką. Ugh. Podeszłam do pierwszego lepszego stoiska i wybrałam najzwyklejszego w świecie łososia i trochę krewetek tygrysich. Gdy otworzyłam mój złoto – czarny portfel Chanel, aby zapłacić za jedzenie, wylała się z niego dziwna czarna maź. Szczęście mi dopisało i znalazłam w tylnej kieszeni moich grejpfrutowych szortów z Diesla sto dolców. Zapłaciłam za zakupy, i pomijając fakt, że miałam na sobie dziesięciocentymetrowe sandałki od Steve’a Maddena, pobiegłam około pół kilometra do pobliskiego parku, aby zidentyfikować zawartość mojego portfela. Siadając na ławce, rozsunęłam złoty suwak i wyciągnęłam wszystkie karty i gotówkę, które były usmarowane czarną, lepką breją. Dopiero po chwili mój mózg zaczął pracować. Rozsmarowałam drobną ilość cieczy na zewnętrznej stronie mojej dłoni, niczym robiąc w drogerii podgląd szminki potencjalnej do kupna. To było CZERWONE. Czy to była KREW? Błagam, żeby to nie była KREW… Powiedzcie, że mam niesłuszne przeczucie… Powiedzcie, że to nie KREW…

Tak, to KREW. 
:-)

czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 5

Obudził mnie zapach jedzenia. Spojrzałam na zegarek – była już godzina 11:30. Już miałam zrywać się z łóżka, gdy zdałam sobie sprawę, że nie jestem u siebie w domu. Znajduję się w mieszkanku Jasona Bucknera w centrum Jacksonville. Trzeba przyznać, że na jego łóżku śpi się świetnie. Postanowiłam, że poleżę jeszcze chwilkę. Rozmyślałam nad tym jak znalazłam się w sypialni. Moim ostatnim wspomnieniem na jawie było oglądanie gwiazd na kwadratowym balkonie. Moje myśli zostały przerwane cichym szurnięciem białych drzwi, wychodzących z sypialni na korytarz. Jason wszedł do pokoju, trzymając tackę z jajecznicą, grillowanymi bajglami z serkiem Philadelphia, truskawkami pokrojonymi w kostkę i herbatką jaśminową.
- Zrobiłeś mi śniadanie? – zapytałam piskliwym głosem, zrywając się z łóżka.
- Cóż... jesteś u mnie gościem. – odpowiedział z lekka nieśmiało.
- Dziękuję bardzo. – odparłam. Jason wyglądał bardzo dobrze, z resztą jak zawsze. Ubrany był w granatowo – białą koszulę w kratkę z krótkim rękawem, ciemne jeansy i granatowo – zielone, znoszone nike janoski. Wydawało się, że jego gęstych, ciemnych włosów było jeszcze więcej niż zazwyczaj. Pachniał mieszanką tulipanów, dezodorantu Axe, piżma i papierosów. Nie wiem dlaczego, ale gdy poczułam ten zapach przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Podniosłam delikatnie kieliszek z herbatką jaśminową.
- Wiesz, że zasnęłaś wczoraj na balkonie? - zapytał Jason, śmiejąc się. Uśmiechnęłam się, nie wierząc w jego słowa. Nigdy nie zasnęłam w dziwniejszym miejscu niż balkon.
- Byłeś dziś na uczelni? – zapytałam.
- Tak, był bardzo ciekawy wykład o analizie mutacji nowotworowych. – odpowiedział. Poczułam jakby troszkę się rozluźnił, co było dobrym znakiem. Odczuwałam, że jest z lekka skrępowany, gdy ze mną przebywa. Ja z resztą też.
- To musi być bardzo ważny temat. – dodałam, odgarniając burzę swoich lekko splątanych blond włosów. Jason nie odpowiedział, zamiast tego uśmiechnął się potakująco. Nastała chwila ciszy, miałam ochotę coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziałam co. W mojej głowie znajdowała się jedna, wielka pustka. Moje serce zaczęło bić jak szalone. Zapach piżma w powietrzu wyostrzył się, a dźwięk cykania mojego zegarka od Micheala Korsa jakby zrobił się głośniejszy. Przysunęłam się delikatnie do Jasona, i już po chwili nasze usta zetknęły się w pocałunku. Jason przyciągnął mnie do siebie i objął mnie w talii. Zawisłam gdzieś pomiędzy niebem, a ziemią.
W pewnej chwili przerwał nam dźwięk, rwącej się linki, po którym nastąpił przeraźliwy trzask. Momentalnie, zdążyliśmy się od siebie oderwać, zanim olbrzymia, szklana lampa w stylu art. Deco nie spadła nam na głowy. Wylądowała na łóżku, dokładnie między nami. Na szczęście nie rozbiła się, ale z sufitu wysypała się spora ilość tynku.
- Cholera. – szepnął Jason.
- Cholera. – dodałam w myślach. – Idealny moment.
Z góry zsypywało się po trochu coraz więcej tynku, więc Jason poszedł do magazynku po drabinę i próbował zatamować kruszący się sufit. Zdałam sobie sprawę, że powinnam wracać do domu. Nie miałam na to zupełnie ochoty, ale nie mogłam tu przecież przesiedzieć całego dnia. Przebrałam się w różową, bawełnianą sukienkę polo Ralph Lauren – tą samą, którą nosiłam wczoraj i zaczęłam zbierać swoje rzeczy, jedząc ostatni kawałek bajgla. Podeszłam do Jasona, na którego ciemnych, gęstych włosach osiadł miały proszek – skruszony tynk. Skierował swoje granatowe oczy w moje.
- Jeśli byś czegoś potrzebowała, daj znać. – powiedział, chwytając moją dłoń w dwie ręce. Poczułam wypełniające mnie ciepło.
- Jasne. Do zobaczenia. – odparłam, szeroko uśmiechając się. Weszłam do saloniku, gdzie na srebrnym wieszaku wisiała moja zielona torba Kipling. Moją uwagę przykuł Macbook Jasona, na którym przyklejona była żelowa naklejka ze Spangebobem. Nie mogłam się powstrzymać od zerknięcia w jego ekran. Jak przygotować bajgle – krok po kroku. Gdy zobaczyłam w wyszukiwarce artykuł na ten temat, serduszko zaczęło mi bić jak oszalałe, a uśmiech nie schodził z twarzy. Całą drogę do domu w taksówce wpatrywałam się w szybę i piękne widoki Jacksonville. Ten rozmarzony uśmiech nadawał mojej twarzy zupełnie innego wyrazu niż zazwyczaj. Zapomniałam o wszystkich problemach.
Niestety w domu nie było już taki sielankowo.
- Czemu zablokowałaś mój numer? – zapytała z pretensją mama, gdy wchodziłam przez drzwi frontowe. Miała na sobie luźny T-shirt GAP z napisem San Francisco, jeansy boyfriend i japonki. Nie odpowiedziałam nic, nie miałam ochoty na awanturę.
- Nadużywasz mojego zaufania. – dodała.- Chyba powinnam była zadzwonić na policję.
- Odpuść sobie! – krzyknęłam. Mama nigdy nie reagowała tak źle na moje drobne grzechy, takie jak ucieczka z domu. Miałam wrażenie, że odkąd znalazła w mojej torbie nie moje narkotyki, traktowała mnie jak dziecko chore mentalnie. Taka akcja potrafi totalnie zepsuć humor. Wdrapałam się na górę i przystąpiłam do pakowania ubrań, które zabiorę na wyjazd do Miami w ferie wiosenne, które zaczną się już we wtorek. Wcześniej byłam bardzo podekscytowana tą podróżą, ponieważ będzie to pierwsza wyprawa moja i moich przyjaciółek zorganizowana zupełnie bez rodziców. Jednak, gdy otworzyłam moją szafę kolosalnych rozmiarów, zupełnie ode chciało mi się tego wyjazdu. Wybrałam kilka sukienek, po czym przebrałam się w szare legginsy i obszerną czarną koszulkę Nike, włączyłam muzykę instrumentalną i moją ulubioną płytę DVD z jogą. Rozciąganie się i medytacja były jedną z tych rzeczy, które mnie relaksowały, generalnie aktywność fizyczna mnie relaksowała. Po zakończeniu sesji jogi postanowiłam poprzeglądać maile, w celu uzupełnienia kalendarza. Pani Bathany – moja wychowawczyni, nauczycielka angielskiego wysłała mi dziś rano wiadomość, że poprowadzę bal wiosenny. Ayumi wysłała propozycje dwóch hoteli w Miami – jeden bardziej luksusowy, a drugi w lepszej lokalizacji. Robert przysłał linka o suplementacji dla biegaczy. Było też mnóstwo maili reklamowych ze sklepów, w których kupowałam. Ale moją uwagę przykuł dziwny mail z Google plus, który pytał czy chcę usunąć historię wyszukiwarki z podanych haseł: najlepsze łopaty, jak zakopać ciało, łopaty amazon, gnijące zwłoki… Nawet nie skończyłam tego czytać, automatycznie kliknęłam TAK, usuń, skasowałam również tego maila. To musiał być jakiś głupi błąd. Na mojej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. Nawet Google popełnia błędy, więc jak rozpuszczona siedemnastolatka ma ich nie popełniać...

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 4

 - Wytłumaczysz mi co to jest? – krzyczała moja mama, trzymając w ręku silikonowy, przezroczysty woreczek z napisem ‘HEROINA’.
- To nie moje, przysięgam, znalazłam to w torbie! – wrzeszczałam ze łzami w oczach.
- Więc, czemu nie oddałaś tego na policję? – zapytała mama wysokim głosem.
- Były tam moje odciski palców, nie chciałam żeby myśleli, że należy do mnie. – odpowiedziałam cicho, sama rozumiejąc swój błąd i w głębi duszy ochrzaniając się za jego popełnienie.
- Twoja głupota mnie przeraża. Najpierw powodujesz wypadek samochodowy, potem urządzasz dziką imprezę, zakraplaną alkoholem we własnym salonie. A teraz co? Teraz nakrywam cię na posiadaniu narkotyków? – krzyknęła mama. – Ty nawet nie jesteś pełnoletnia! – rozbiła porcelanową filiżankę kawy o ceramiczną podłogę. Rozległ się głośny trzask.
- To nie ja! Ktoś mnie wrabia! – krzyknęłam z całej siły, po czym ruszyłam w stronę wiktoriańskich schodów na górę, krztusząc się płaczem. Musiałam jakoś wyładować negatywną energię, niestety nie wiedziałam jak. Zdjęłam złoty zegarek od Micheala Korsa oraz czarne szpilki Louboutin, po czym wyskoczyłam przez okno wprost do basenu. Robiłam tak często w siódmej klasie z moimi przyjaciółkami, ale gdy Sarah złamała obie nogi, stanowczo zabroniono nam bawić się w tą zabawę. Poczułam ulgę, że mogę panować nad tym co robię, że nikt nie może mi nic rozkazywać.
Był czwartkowy wieczór, godzina 21:15 i właśnie zdejmowałam z siebie mokre ubranie po długiej kąpieli w basenie. Cała szklana, biała podłoga w moim pokoju była mokra. Gdzieniegdzie znajdowały się czarne krople – mój makijaż rozmyty przez wodę i łzy. Zakładałam na siebie jedwabną koszulę nocną z Indii. Moje splątane, długie, lokowane włosy trudno było rozczesać. Położyłam się do łóżka, ale nie mogłam zasnąć. Po głowie chodziło mi milion dziwnych myśli. Przerwała to wiadomość tekstowa od Jasona Bucknera.
- Mogę być jutro wcześniej, mam wykład o 8:30? – brzmiała treść wiadomości. Pod wpływem emocji, zadzwoniłam do niego i wszystko mu opowiedziałam.
Już po czterdziestu minutach siedziałam w jego, jak się okazało wypożyczonym granatowym Bentleyu. Miałam na sobie różową, bawełnianą sukienkę polo Ralph Lauren, którą założyłam resztkami sił. Jechaliśmy do jego mieszkania w centrum Jacksonville. Nie mówiliśmy do siebie zbyt dużo. Jason położył swoją dłoń na moim kolanie, po czym wyjątkowo delikatnie się uśmiechnął. Przyznam, że był to bardzo miły gest, który zdawał się mówić ‘nie martw się, jesteś już bezpieczna’. Wysiedliśmy na parkingu przed niedużym apartamentowcem przy jednej z ruchliwszych ulic w mieście. Wjechaliśmy windą na piąte piętro, gdzie znajdowało się lokum Jasona. Było to małe, aczkolwiek nowocześnie i bardzo ładnie urządzone mieszkanko. Pachniało w nim cytrynowym odświeżaczem powietrza. Znajdowało się tam wiele podręczników, książek, segregatorów i innych rzeczy związanych z nauką. Widać było, że Jason przykłada się do swoich bioinformatycznych studiów. Chłopak wziął moją zieloną, sportową torbę Kipling, powiesił ją na srebrnym kołku i wskazał mi miejsce, na którym mogłam usiąść.
- Chcesz coś zjeść, może zamówimy pizzę? – zapytał niepewnie. Zgodziłam się, mimo że nigdy nie jadam fast foodów, choć szczerze… uwielbiam je. Zawsze zmuszam się do jedzenia zdrowej żywności, ponieważ chcę dbać o linię.
- Jason… - zaczęłam nieśmiało. – Dziękuję ci. – moje policzki zaczerwieniły się.
- Naprawdę nie ma za co. – odpowiedział, patrząc mi w oczy.
Po dwudziestu minutach przyszła pizza. Zjadłam ją oglądając telewizję na kanapie Jasona, on w tym czasie pisał jakiś referat na studia, podajże o systemie lokalizacji.
- Pojedziesz ze mną jutro na policję? – przerwałam mu. Spojrzał na mnie, przełknął ślinę. Widać było, że intensywnie się nad czymś zastanawia.
- Nie chcę cię martwić Susan, ale wszystko wskazuje na to, że ty popełniłaś te przestępstwa. – powiedział Jason zdecydowanym głosem. Przeszedł mnie dreszcz, moje źrenice powiększyły się, a twarz zastygła w delikatnym grymasie.
- Nie wierzysz mi? – gwałtownie się podniosłam.
- Oczywiście, że ci wierzę, ale chcę ci tylko uświadomić jak widzą to inni. – westchnął Jason, po czym wstał i usiadł obok mnie. Gdy zobaczył, że nasze uda się stykają, odsunął się delikatnie. – Nie chcę żebyś podejmowała pochopne decyzje, które potem mogą ci bardzo zaszkodzić. – dodał. Poczułam chłód. Klimatyzacja była zbyt mocno włączona. Temperatura wynosiła zaledwie 17 stopni Celsjusza, co w porównaniu do 26 stopni na zewnątrz było bardzo małą liczbą. Zaczęłam się trzęść ze strachu i zimna, a po moich policzkach popłynęły gorące łzy.
Jason przyniósł mi chusteczki, wyłączył klimatyzację i poszedł do samochodu po kocyk. Ja w tym czasie przebrałam się w koszulę nocną, ogarnęłam włosy w luźnego kucyka i zmyłam resztki makijażu. Oczywiście musiałam zapomnieć z domu przyrządów do mycia zębów, więc wzięłam pastę Jasona i użyłam swojego palca jako szczoteczki. Wyszłam na mały, kwadratowy, marmurowy balkon, bo tam było najcieplej. Podziwiałam piękną panoramę Jacksonville. W nocy drapacze chmur, których co prawda nie było wiele, wyglądały cudownie. Chciałabym kiedyś zamieszkać w takim nowoczesnym apartamentowcu, z tym że moje mieszkanie musiałoby być ogromne i nowoczesne. Zawsze uwielbiałam oglądać na filmach tych bogatych celebrytów w swoich nowojorskich apartamentach na Manhattanie. W takim miejscu czułabym się sobą – gwiazdą – osobą, na którą wszyscy zwracają uwagę. Skierowałam swój wzrok na niebo. Dzisiejsza noc wyróżniała się wspaniałą widocznością i było widać chyba każdą konstelację, jaką można zobaczyć. Na chwilę zapomniałam o wszystkich swoich troskach i zaczęłam rozkoszować się widokiem gwiazd. Jedna z nich świeciła najjaśniej. Nie wiem jak się nazywała, ponieważ nie jestem dobra z astronomii i takie rzeczy mnie nie interesują, ale ta gwiazda przypominała mi mnie. 

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 3

- Potrzebujesz podwózki? – brzmiała treść wiadomości od Jasona Bucknera, którą dostałam przed sekundą. Był czwartkowy poranek, na szczęście nie tak wilgotny jak ostatnio, ale nadal upalny. Malowałam sobie paznokcie miętowym lakierem Essie, który pasował do bluzy Victoria’s Secret w tym samym kolorze, którą miałam dziś na sobie.
- Tak, bądź o 8:00. – odpowiedziałam na SMS-a.  Zeszłam do kuchni i zrobiłam sobie koktajl owocowy z marakui, truskawek i liczi. Otworzyłam gruby podręcznik do zajęć z biznesu. Nic nie umiałam z ostatniego tematu – marketing zwrotny. Chemii nie uczę się już chyba od dwóch miesięcy. To zwykła strata czasu. Zrobiło mi się trochę smutno myśląc o studiach, na które jednak kiedyś chciałabym pójść. Czy ja się w ogóle gdzieś dostanę?
Poperfumowałam się wodą toaletową Jimmy Choo i wyszłam przed dom. Jason się spóźniał. Gdy po dziesięciu minutach usłyszałam silnik jakiegoś samochodu, miałam nadzieję że to on. Ale niestety – był to sportowy, granatowy Bentley. Po chwili ów Bentley zatrąbił do mnie. Podeszłam, a w przyciemnianej szybie zobaczyłam Jasona!
- Skąd masz taki samochód? – krzyknęłam zachwycona, wsiadając do auta.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. – prychnął, po czym szelmowsko się uśmiechnął. Wyglądał dziś świetnie w cienkiej, czarnej koszulce, która opinała się na jego umięśnionych barkach. Na moich policzkach mimowolnie pojawiły się czerwone rumieńce. Gdy to dostrzegł, jego usta wygięły się w uroczy uśmiech, którego chyba tak samo jak ja nie kontrolował. W radiu leciała jedna z moich ulubionych piosenek Green Day, a niebo miało kolor turkusu. To chyba jeden z moich pierwszych razów, kiedy to uśmiechałam się jadąc do szkoły.
Podczas wysiadania z samochodu wysypałam na ziemię zawartość mojej torby Miu Miu, ale na szczęście Jason pomógł mi pozbierać rzeczy.  Pewna siebie jak zawsze i gotowa do działania wkroczyłam do zabytkowego budynku Jackson High.  Gdy przechodziłam przez główny korytarz wszyscy odwrócili swój wzrok w moją stronę.
- Sliczne buty, Susan! – jakaś kujonka z pierwszej klasy spojrzała na moje dwunastocentymetrowe szpilki z Louboutin.
- A twoje nie. – rzuciłam bez dłuższego zastanowienia, patrząc na jej paskudne mokasyny. Wszystkich ogarnął śmiech. Odgarnęłam burzę blond loków do tyłu i weszłam do dużej Sali od biznesu. Usiadłam w drugiej ławce obok Elaine, która przywitała mnie subtelnym uśmiechem. Czułam od niej zapach Chanel No’ 5. Ubrana była w skórzaną, czarną kurtkę Banana Republic, bordowe rurki i czarne trampki Converse. Proste blond włosy upięła w wysoki kucyk.
- Jak się miewa Królewska mość? – zapytała sarkastycznie, jej twarz przybrała wredny wyraz.
- Ujdzie. – odparłam, po czym wyjęłam z torby swój skórzany piórnik, podręcznik do zajęć z biznesu oraz Iphona. Dawno nie wysyłałam nic na Snapchacie, więc postanowiłam dodać swoje selfie z emotikonką korony oraz serduszka. Miałam na Snapie ponad dziewięćset osób, więc już po chwili kilka osób zachowało zdjęcie które wysłałam.
Lubiłam nawet zajęcia z biznesu, były ciekawe, ale najlepsze to że nauczyciel na lekcji praktycznie w ogóle nie zwracał uwagi na uczniów, mogli robić co chcą. Zazwyczaj na tych zajęciach spisywałam pracę domową, albo grzebałam w telefonie, ewentualnie czytałam jakąś gazetę lub książkę, ale dziś było inaczej. Dziś po prostu siedziałam i patrzyłam przez okno, patrząc na palmy, boisko do lacrosse’a, czmychające po ulicy samochody. Myślałam o Jasonie. Doszłam do wniosku, że bawi się ze mną w kota i myszkę. Ciągle zmienia mu się o mnie zdanie, raz jest miły i uroczy, raz jest wredny, śmieje się ze mnie. Pogrywa ze mną. I szczerze, nie podoba mi się to, choć jest w tym jego sposobie coś tajemniczego, seksownego, co bardzo mnie do niego przyciąga. Sama stosuję podobną taktykę.
Na krótkiej przerwie spostrzegłyśmy z Ayumi i Eleine tłum ludzi, gromadzących się przy tablicy informacyjnej. Wszyscy czytali wyniki szkolnej selekcji do stanowych biegów przełajowych. Na twarzach niektórych z nich malowała się ekscytacja, na innych stres lub zmartwienie.
- Zejść mi z drogi! – powiedziałam królewskim głosem. Wszyscy ustąpili mi miejsca. Zaczęłam szukać swojego nazwiska od dołu na długaśnej liście pięćdziesięciu dziewczyn z mojej szkoły, które przebiegły osiemset metrów w najszybszym tempie. W pewnym momencie poczułam niepokój, ponieważ nie mogłam znaleźć swojego nazwiska. Na szczęście znalazłam go… na samym szczycie listy! Przebiegłam z najlepszym czasem. Na mojej twarzy pojawił się triumfalny uśmieszek.
-Wiedziałam. – rzuciłam, starając się nie okazywać zbyt wielkich emocji. Wszyscy zaczęli bić mi brawo, wiwatować i gratulować zwycięstwa. Byłam szczęśliwa, że udało mi się odnieść taki sukces, ale gdy przeczytałam, że przez najbliższy miesiąc mam przychodzić codziennie przed lekcjami na godzinne treningi, odechciało mi się.
Lunch spędziłam z Ayumi i grupką najpopularniejszych chłopców w szkole - z drużyny lacrosse’a. Jedliśmy hamburgery z ekologicznej wołowiny i hummus. Moja przyjaciółka opowiadała o genialnej imprezie, na której byłyśmy we wtorek. Wszyscy byli bardzo zainteresowani, a post na twitterze, w którym śpiewałam nadal był przedmiotem plotek i cieszył się niezwykłą sławą. Robert Killam wyjaśnił mi trochę o najlepszej taktyce jaką można przyjąć na stanowych biegach przełajowych. W tamtym roku zajął trzecie miejsce, co było bardzo imponujące.
Po wyjściu ze szkoły postanowiłam pojechać do centrum handlowego z dziewczynami z mojego ‘‘fun clubu’’ w celu kupna nowych butów do biegania.  Mój ulubiony moll mieścił się na jednej z najbardziej znanych i ruchliwych ulic w Jacksonville. Nosił dość osobliwą nazwę The Downtown Big Dick, którą uwielbiałam właśnie dlatego że była tak kontrowersyjna. Budynek nie różnił się od innych pod względem architektury, był to dziesięciopiętrowy wieżowiec z widokiem na ocean. Jego szyby były granitowoszare, a obrotowe drzwi odbijały promienie słoneczne, mieniąc się wieloma kolorami.
Weszłyśmy do Nike. Pierwsze ładnie buty, które rzuciły mi się w oczy nazywały się Nike Flyknit Lunar i kosztowały 250 dolarów. Były zrobione z dwóch materiałów – fuksjowego i purpurowego. Ich podeszwa miała wiele barw. Przymierzam siódemkę i była dobra, więc wzięłam. Spodobały mi się też sportowe spodenki z najnowszej kolekcji, więc wzięłam dwie pary. No, i grzechem było nie kupić uroczych skarpetek w sztangi, które tak kusiły przy kasie. Wyciągnęłam moją platynową kartę debetową i zapłaciłam nie małą sumkę. Zawsze gdy robiłam zakupy w mojej głowie kłóciły się ze sobą dwa przeciwstawne uczucia – ekscytacja z powodu nowych rzeczy, oraz poczucie winy przez szastanie pieniędzy, które ciężko zarabiał mój ojczym. Starałam się zagłuszyć drugie uczucie i szybko pomknęłam do znajdującego się obok GAP’a. Przyszedł mi do głowy zabawny pomysł.  Kupię moim przyjaciółkom takie same bluzki, abym mogła rozpoznać, która z dziewczyn nią jest, bo było ich naprawdę sporo. Czasem zdarzały mi się nawet sytuacje, że zwracam się z czymś do jakiejś dziewczyny, bo myślałam że jest ona jedną z moich ‘’fanek’’, a potem okazuje się, że ona mnie nie zna. Wybrałam granatową tunikę z różową, brokatową gwiazdą na środku jako znak mnie. Kosztowała tylko dziesięć dolców. Na pewno się im spodoba. Wzięłam wszystkie bluzki z wieszaków, poprosiłam sprzedawczynię o resztę z magazynku, ale i tak liczba bluzek nie była wystarczająca dla dziewczyn, które chciałyby je nosić. Pomknęłam do Dunkin’ Donuts, gdzie siedziały dziewczyny i rozdałam koszulki. Były wniebowzięte. Becca Balzary obiecała mi, że zrobi za mnie wszystkie zadania na następny tydzień, Savannah Carradine załatwiła mi darmowy manicure w salonie swojego taty, a Jules Brooke powiedziała, że upiecze mi ciasto. Władanie przyjaciółkami jest boskie.
Chciałam pochodzić jeszcze trochę po sklepach, ale już bez bandy dziewczyn, która za mną łazi i obserwuje każdy mój ruch, więc pożegnałam się z nimi i pomknęłam w stronę Hollistera. Znalazłam genialne, ciemne, jeansowe szorty, postanowiłam je przymierzyć. W przymierzalni zamiast drzwi znajdowały się zamszowe zasłony, więc trudno było dostrzec która kabinka jest wolna. Odsłonęłam kawałek jednej z kabinek, która wydawała się wolna, więc weszłam do niej, natychmiastowo udając się w kierunku lustra, w celu zobaczenia stanu swojego makijażu. Dopiero po chwili spostrzegłam, że w kabince znajduje się jeszcze jedna osoba, na której widok krzyknęłam. To był Jason… bez koszulki! W momencie, gdy obydwoje zobaczyliśmy z kim mamy do czynienia, zaczęliśmy się bardzo intensywnie śmiać. Jego granatowe oczy świeciły się, a usta szeroko się uśmiechały. Klatka piersiowa była imponująca, musiał dużo ćwiczyć. Chciałam dotknąć jego mięśni brzucha, ale w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę, że byłoby to dziwne.
- Już wychodzę, przepraszam. – nieśmiało powiedziałam.
-Nie musisz. – usłyszałam jego głos, wychodząc. Zaczerwieniłam się, moje serce zaczęło bić w ekspresowym tempie. Na chwilę czas się zatrzymał, a ja znajdowałam się gdzieś powierzchni nieba a ziemi.
- Chyba jednak muszę. – odparłam cicho, chociaż tak naprawdę miałam ochotę tam do niego wrócić i wpaść mu w ramiona. Odłożyłam szorty na swoje miejsce i szybciutko przemknęłam przez całe centrum handlowe, nie zwracając uwagi, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę biegnącą w szpilkach. Rumieniec oraz uśmiech nie schodziły z mojej twarzy.

To uczucie mi się nawet podobało.

poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 2

We wtorkowe południe siedziałyśmy z Ayumi na zadaszonym patio w moim domu, pijąc kawę mrożoną. Dzisiejszego dnia nad Jacksonville krążyła potworna ulewa, czarne chmury wisiały niewysoko nad ziemią. Wilgotność powietrza wynosiła prawie sto procent. Oglądałyśmy hotele w Miami – mieście, do którego wybierałyśmy się w nadchodzącą przerwę wiosenną.
- Nie mogę uwierzyć, że wszystkie pięciogwiazdkowe hotele w South Beach są zarezerwowane. – powiedziałam poirytowana, po czym wsypałam łyżeczkę cukru trzcinowego do kawy.
- Żenada. – dodała Ayumi, rozpuszcając swoje piękne gęste włosy z luźnego warkocza. – Może zamieszkamy w Downtown? – zaproponowała.
- Ehmm… Za daleko od klubów. – odpowiedziałam, po czym kąciki naszych ust niemal synchronicznie podniosły się do góry.
  Na niebie pojawiła się błyskawica, zerwał się porywisty wiatr, który zmusił nas do wejścia do środka.  Z pośpiechu, wylałam kawę na swoje zielone, bawełniane spodenki z Ralph Lauren  i białą koszulkę polo z tej samej firmy.  Pobiegłam na górę zmienić swój strój, na taki sam tylko że w różowo – granatowej kolorystyce.  Gdy zbiegłam  z powrotem na dół, spostrzegłam wysokiego, siwego mężczyznę w średnim wieku, wyjmującego ze swojej mokrej teczki jakieś dokumenty.
-Ty nie w szkole Susan? – zapytał łagodnie, gdy mnie zauważył. To był Steve Holman  – mój ojczym. Steve był spoko. Miał dużo pieniędzy, nie posiadał dzieci ani byłej żony, bardzo łatwo się nim manipulowało. Nie podobało mi się w nim jedynie to, że często zostawiał brudne skarpetki na naszej skórzanej kanapie w kolorze karmelu.
- Zwolniono nas z powodu konkursu ekonomicznego. – skłamałam, wiedząc że Steve nie będzie się o nic dopytywać.  Nie poszłam do szkoły, ponieważ nie chciało mi się organizować dojazdu.
- Rozumiem.  – uśmiechnął się, po czym wspiął się po wiktoriańskich schodach na drugie piętro do mojej mamy.
Weszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie Ayumi z pokrojonym w kostki ananasem. Poplotkowałyśmy jeszcze chwilę o ohydnych butach Ricka Fieldena i rzekomym romansie młodego nauczyciela biologii z Naomi Vegą z rocznika wyżej. Generalnie było sympatycznie i zabawnie, ale musiałyśmy kończyć, bo Ayumi musiała posprzątać dom. Jej rodziców nie było przez trzy tygodnie. W tym czasie odbyło się tam kilka grubszych melanży.
- Słyszałaś, że dziś w kolejce nadziemnej znaleźli heroinę? – usłyszałam z góry głos Steva, podczas gdy zakładałam złotą bransoletkę na kostkę. Włosy stanęły mi dęba. Spokojnie Susan, nie pierwszy i nie ostatni raz znajdują tu narkotyki. To przecież Floryda – stan kubańskich przemytników tego towaru.
- Coś pisali w Gońcu florydzkim. – mruknęła moja mama, prawdopodobnie niezbyt zainteresowana tą sprawą. Błagam, niech to będzie tylko zwykły zbieg okoliczności, że to znalazło się w mojej torbie.
Wieczorem razem z Ayumi, Sarah i jej chłopakiem Paulem oraz Elaine, z którą pogodziłam się po tym jak chciała pożyczyć ode mnie czarną torbę DKNY, jechałyśmy granitowym Lexusem rodziców Sarah na plażę. Odbywała się tam lokalna impreza z udziałem zespołów z okolicy. Na tą okazję wybrałam białą sukienkę do kolan w różowe palmy z Guess, złote sandałki na koturnie od Steve’a Maddena oraz złotą torbę od tego samego projektanta. Ayumi postawiłą na czarny kombinezon z Wranglera i czarne dodatki. Elaine założyła bardzo obcisłą, wzorzystą sukienkę z Desiquala, dobrała do niej moją czarną torbę DKNY i czarne sandałki. Sarah ubrała zieloną, rozkloszowaną sukienkę z Forever 21 i skórzane sandałki oraz kopertówkę.  Paul – wysportowany blondyn z drużyny lacrosse założył zwykłe jasne jeansy i biały T-shirt z Hugo Boss. Choć każdy z nas wyglądał zupełnie inaczej tworzyliśmy całkiem ciekawy i dobrze ubrany zespół.
- Poproszę pięć  Bacardi! – zamówiłam nam drinki na bazie białego rumu, soku z limonki i grenadiny.  Podałam barmanowi pięćdziesięciodolarowy banknot. Mój głos rozszedł się po całym barze, przytłumiając dudniącą muzykę – cover utworu ‘’Everyone’’ zespołu Backstreet Boys. Wszędzie czuć było zapach papierosowego i haszyszowego dymu, mieszankę owocowych perfum oraz bryzy morskiej.  W pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok.  Ciemnoskóry mężczyzna z różowymi dredami i srebrnej kamizelce w zwierzęce wzory zapytał mnie czy chcę zaśpiewać karaoke. Ku swojemu własnemu zdziwieniu zgodziłam się. Wybrałam piosenkę ‘’Radioactive’’ Imagine Dragons. Występy przed publicznością szły mi świetnie. Kochałam być w centrum uwagi. Gdy Ayumi i reszta mnie usłyszeli , prawie pospadali z krzeseł. Nie miałam talentu do śpiewania, ale to jak pięknie wyglądałam rekompensowało nienajlepszy wokal.  Wszyscy ze zdumieniem na mnie patrzyli, a na koniec dostałam ogromne brawa. Przyjaciele oczywiście musieli nagrać moje wystąpienie i wstawić na twittera.
- Śpiewy śpiewami, ale gdzie są nasze drinki, Orchards? – zapytał Paul z wielkim uśmiechem na twarzy. Upss, chyba zostawiłam nasze drinki na pastwę losu.
-Zaraz je przyniosę! – odwzajemniłam mu słodki uśmiech. Miałam wypić jednego drinka, ale nistiry skomcxło sir na pinciyu drinkkahh. Generalnie bawiliśmy się świetnie, tańczyliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy pokaz fajerwerków, śpiewaliśmy do 3 w nocy, kiedy to taksówka zabrała nas do domów.
  Następnego dnia czułam się słabo, ale mam w zwyczaju nie pokazywać tego światu zewnętrznemu. Mimo iż była środa, a wczoraj nie poszłam do szkoły, dzisiaj również nie miałam zamiaru. Przerwa wiosenna już nie długo, więc same powtórki , a poza tym nie ma mnie kto zawieźć. Posmarowałam się regenerującym balsamem do ciała z opiłkami złota z Givenchy i położyłam z powrotem do łóżka. Spokój zaburzyło wołanie mojej matki. Schodząc na dół, widziałam puste butelki po przeróżnych alkoholach, porozwalane po całym domu. Wiele z nich było rozbitych, niektóre miały jeszcze resztki napoju. W moich oczach siedziało przerażenie.
- Wytłumaczysz mi to? – zapytała spokojnym, aczkolwiek nieprzyjaznym głosem mama.
- To nie ja. – odpowiedziałam ze łzami w oczach.
- A kto? Ja? Ja wróciłam wczoraj o czwartej w nocy z imprezy i mocno się upiłam? – dodała. Miała na sobie koszulę jeansową z Hilfigera i oliwkowe dresy. Złote włosy zaplotła w luźnego warkocza. W uszach nosiła dwudziestocztero karatowe kolczyki. Tak prezentował się jej ubiór na co dzień. – Jeśli posprzątasz to w ciągu pół godziny to zapomnimy o tym i potraktujemy to jako jeden z tryliona twoich błędów młodości, zgoda? – jej wyraz twarzy nie złagodniał.
   Tak jak powiedziała mama, tak zrobiłam. Mam szczęście, że jest jaka jest . Gdyby moje dziecko zachowywało się jak ja, już dawno wysłałabym je do najodleglejszego ośrodka psychiatrycznego w Stanach, jeśli w ogóle nie na świecie. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Czy to ja przyniosłam tu te dziesiątki butelek alkoholu? Przecież wracałam taksówką. Może przyjaciele zrobili mi żart? 
Ostatnio żarty, których ofiarom padam wcale nie są śmieszne. Są głupie i przerażające.
  


sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 1

  - Piękna. Niesamowita. Perfekcyjna. – tymi słowami określiłam nową białą sukienkę w granatowe kwiaty z Abercrombie&Fitch. Założyłam ją do granatowych balerinek i granatowej torby z Coacha.
Długie blond włosy spięłam w luźnego kucyka. Pociągnęłam usta truskawkowym błyszczykiem. Wyglądałam perfekcyjnie jak ta sukienka. Wystarczająco perfekcyjnie, aby pokazać się w szkole w poniedziałkowy poranek. Zeszłam na dół po wiktoriańskich schodach. Wyjęłam z lodówki sok marchewkowy i ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych. Pod bramą czekał na mnie srebrny, na oko piętnastoletni Ford Fiesta. Coś takiego jeszcze jeździ po drogach? Że też musiałam rozwalić akurat ten lepszy samochód Jasona – Subaru Forester. O ile w ogóle to ja go rozwaliłam… Przywitał mnie kolejny parny, florydzki dzień. Czuć było zapach smażonych pankejków, który dobiegał z patio sąsiadów – państwa Deegweed. Słychać było śmiech ich dzieci.
- Pośpiesz się musimy pojechać jeszcze na stację benzynową. – krzyknął do mnie Jason. Podeszłam do furtki i wsiadłam do jego samochodu. W środku roznosił się zapach papierosów, męskiego dezodorantu Axe oraz chińszczyzny, którą sądząc po pustym opakowaniu na tylnym siedzeniu, Jason jadł wczoraj na kolację.
-Dzień dobry. – powiedziałam, zerkając na godzinę w moim Iphone. 8:02.
-Cześć. – rzucił Jason, po czym włączył silnik samochodu. Nawet na mnie nie spojrzał. A ja tak starannie przyszykowałam dzisiaj swój strój. Spojrzałam na jego szarą koszulkę z logo Jacksonville Jaguars.
-Masz fajny T-shirt! – powiedziałam bez zastanowienia i pokazałam na mój case od Iphona z tym samym logo.
-Dzięki. – Jason sarkastycznie się uśmiechnął. Następne dziesięć minut spędziliśmy milcząc, słuchając wiadomości.
-Masz zły humor? – zapytałam. Nie byłam przyzwyczajone do tego, że ktoś mnie olewał. Zawsze chłopcy zamęczali mnie pytaniami i propozycjami. Było to wkurzające, ale lepsze od bycia ignorowanym.
-Nie, po prostu dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, rzucając we mnie szklanką i drąc się na mnie w sądzie. Wydajesz się trochę niebezpieczna. Czy robię coś złego? – odgarnął włosy z czoła, jego usta wygięły się w wredny uśmiech. Zrobiło mi się duszno. N I E B E Z P I E C Z N A?!  W mgnieniu oka pas zaczął mnie okropnie kłóć, zapach chińszczyzny okropnie drażnić, a głos prezenterki zaczął przypominać mordowanego kota.
-Bardzo dobrze.- warknęłam, choć  wcale tak nie uważałam. Jak ten dupek mógł tak powiedzieć?! Jak on w ogóle mógł tak pomyśleć?!
O 8:50 stanęłam w szerokich drzwiach zabytkowego budynku, który zajmowało Jacksonville High School, potocznie nazywane Jackson High. Gdy tylko weszłam do środka, dopadła mnie grupa grupa dziewczyn – moich przyjaciółek. Ayumi  Ito – niska Japonka z przepięknymi, gęstymi włosami wyciągnęła Ipada z różowej torby Kate Spade. Otworzyła wyszukiwarkę i po chwili podsunęła mi tableta pod nos.
-Nastoletnia gwiazda Jacksonville zmasakrowała Most Adams! – przeczytałam na głos nagłówek artykułu z Gońca Florydzkiego. Początkowo się przeraziłam i przeszedł mnie dreszcz, ale po chwili wybuchłam śmiechem.
-Co to ma być, suko? – zapytała z wielkim uśmiechem na twarzy Elaine Roerig – chuda blondynka z twarzą w biegach i wściekle różowych okularach na włosach.
- Myślałyśmy, że miałaś tylko drobny wypadek, a ty rozwaliłaś most? – dodała Ayumi.
-Nie rozwaliłam mostu. Ale mój Land Rover jest już na złomowisku. – odpowiedziałam, gestykulując ocieranie łez.
- Tam był mój błyszczyk z Diora! – krzyknęła Sarah Bennet, słodka, głupiutka, jasna blondynka ubrana w dżersejową sukienkę w panterkę i różowy sweterek.
- Ale czy strata samochodu jest powodem do wynajmowania najtańszej taksówki w całym Jacksonville? – zapytała z przekąsem Ayumi, patrząc na Forda Fieste Jasona, który jeszcze nie odjechał. Nie odpowiadając na jej pytanie, ruszyłam w stronę Sali matematycznej – miejsca gdzie odbywała się pierwsza lekcja. Grupa, której przywódczynią byłam, ruszyła za mną. Na lekcji wszyscy się na mnie gapili, jednak byłam już do tego przyzwyczajona, więc nie robiło ta na mnie zbyt dużego wrażenia.
- Do tej pory niszczyła serca chłopców z całej szkoły. W piątek zniszczyła most. Czy ona aby trochę nie przesadza? – usłyszałam jakiś szept z tyłu klasy. Zaśmiałam się pod nosem.
- Słyszałem, że była nawalona jak szpak. – dodał ktoś inny. Wybuchłam śmiechem. Dla innych może być to dziwne, ale ja uwielbiałam być przedmiotem szkolnych plotek i intryg.
-Panno Orchards?  Czy funkcje trygonometryczne wielokrotności kąta są takie śmieszne? – zapytał pan Kirshner- stary, wąsaty nauczyciel matematyki.
- No jasne. – odparłam pod nosem. Dostało mi się uwagę, ale było to u mnie na porządku dziennym.
Na lunchowej przerwie, podczas jedzenia sałatek z komosą ryżową, co było najnowszym slowfoodowym trendem, rozmawiałyśmy o nieudanej fryzurze Johnnego Deppa na gali Golden Globe.
W pewnym momencie dostałam SMS-a. Od Jasona Bucknera. Czego ten cwaniak chce?
-Jutro niestety nie mogę Cię podwieźć, przepraszam. – brzmiała treść wiadomości.
-I dobrze, Twoje towarzystwo mnie krępuje. – pomyślałam. Tylko jak ja się dostanę jutro do szkoły? Bo nie ma opcji, abym skorzystała z komunikacji miejskiej, to dla plebsu. Wpadł mi do głowy pomysł.
-Elaine, podwieziesz mnie jutro do szkoły? – zapytałam, słodko mrugając oczkami.
- Z przyjemnością Susan, ale wiozę młodsze rodzeństwo i przecież wiesz, że nie mam więcej miejsca w swoim Jeepie Grand Cherokee. – uśmiechnęła się Elaine.
-Czy to jest dla ciebie tak wielki problem, by sprawić aby jedno z twojej bandy bachorów nie poszło do szkoły? – rzuciłam z przekąsem.
-Niby jak?! – zapytała urażona Elaine.
-Sposobów jest mnóstwo… Wystarczy dosypać bratu  łyżkę soli oczyszczonej do picia, a jutro nie będzie mógł wyjść z toalety. – rzuciłam bez dłuższego zastanowienia.
- Twoja podłość nie zna granic! – Elaine podniosła swój cienki głos, na jej twarzy pojawił się grymas. Wstała od stołu.
-Spokojnie Elaine, to jest Susan. Ona nie jest do końca normalna. – Ayumi próbowała naprawić sytuację, posyłając mi znaczące spojrzenie. Ale Elaine odniosła tackę z jedzeniem i udała się w kierunku Sali muzycznej.
  Zawsze po lekcjach szłam z moimi ‘’niby’’ przyjaciółkami oglądać trening chłopców z drużyny lacrosse.  Spotykałam tam około dwudziestu dziewczyn z mojego rocznika, które były podniecone tym, że spędzają ze mną trochę czasu. Mama Jules Brooke pracowała w outlecie Calvina Claina i zawsze, gdy trafiały się najlepsze okazje przechowywała rzeczy specjalnie dla mnie. Brat Kristen Zayas był aktorem i gdy miał okazję spotkać kogoś znanego, zawsze zbierał dla mnie autografy. Tata Savannah Carradine miał salon kosmetyczny, z którego usług korzystałam za darmo. Bycie popularnym to fajna sprawa, ale czasem nie chciało mi się siedzieć na boisku i gadać z dziewczynami setny raz o ramionach Codiego Lithgowa  - szkolnej gwiazdy lacrosse, albo czekać aż on lub jego kumpel Robert Killam zdejmą koszulkę. Dlatego też dzisiaj odwołałam spotkanie swojego fun clubu.     
 Zamknęłam się w toalecie i poczekałam aż wszyscy uczniowie Jackson High wyjdą. Po dwudziestu minutach pobiegłam pobocznymi uliczkami do najbliższej stacji kolejki nadziemnej, aby nikt nie zauważył że korzystam z komunikacji miejskiej. Gdy byłam w wagonie, okulary słoneczne nie były mi potrzebne, więc schowałam je do torby z Coacha. Wkładając je, znalazłam coś bardzo dziwnego. Przezroczysty, silikonowy woreczek z białym proszkiem w środku. Odwróciłam woreczek na drugą stronę. Widniał na nim podpis ‘’HEROINA’’. Przeraziłam się. Złapałam woreczek w garść tak, aby nikt go nie zobaczył, niestety przerwałam go paznokciem i zawartość wysypała się na podłogę kolejki nadziemnej. Nie wiedziałam co robić. Na woreczku były moje odciski palców, więc nie mogłam go wyrzucić i uciec z miejsca wypadku. Ale nie mogłam też zostawić proszku w miejscu, w którym stałam, ponieważ był tu monitoring i gdy znajdą tu heroinę, na pewno zaczną przeszukiwać nagrania, w celu dowiedzenia się kto zostawił tu ten narkotyk. Postanowiłam, że zatrzymam woreczek, więc schowałam go z powrotem do torby. Następnie upozorowałam, że wylał mi się sok marchewkowy, właśnie w to miejsce gdzie leżał biały proszek. Wytarłam go chusteczką, którą schowałam do torby.
- Kto zrobił mi taki kreatywny dowcip? – pomyślałam sobie. Cała się trzęsłam, panicznie się bałam że ktoś to odkryje. Jedyną osobą, która przychodziła mi na myśl była Elaine, która dzisiaj się na mnie obraziła. Ale skąd ona wzięłaby herę? I po co miałaby to robić? Najpierw ktoś chce mnie wrobić w spowodowanie wypadku samochodowego, a teraz w posiadanie narkotyków?
  Gdy kolejka zatrzymała się na mojej stacji, wystrzeliłam jak z procy i jak najszybciej pobiegłam do domu. Przebrałam się w biały kostium kąpielowy z Victoria’s Secret, rozpuściłam burzę blond loków i wskoczyłam do basenu. Pływanie relaksowało mnie.

Dzisiejszy dzień nie był perfekcyjny jak moja sukienka. Był beznadziejny.

piątek, 27 lutego 2015

Prolog


   Pewnego piątkowego popołudnia wracałam ze szkoły swoim białym Land Roverem. Florydzkie powietrze było parne , w a całym Jacksonville roznosił się słodki zapach kwitnącej begonii. Wyciszyłam na chwilę lecącą w radiu piosenkę Coldplay i pozwoliłam sobie rozkoszować się pięknym, panoramicznym widokiem miasta, w którym miałam przyjemność mieszkać. Jacksonville było miastem, w którym trudno było się nie zakochać. Nowoczesne wieżowce w połączeniu z niesamowitą florydzką przyrodą tworzyły wspaniały komplet. A najlepsze było to, że nie było tam zbyt dużo turystów – samo miasto nie miało wielu atrakcji, poza cudownym klimatem i przyjaznymi mieszkańcami.
  - O nie, jest już 16:56, a ja umówiłam się z Savannah na 17! – pomyślałam sobie, zatrzymując się w niewielkim korku. Savannah była jedną z moich‘’niby’’ przyjaciółek, ale spotykałam się z nią tylko dlatego, że jej ojciec miał salon kosmetyczny, z którego mogłam korzystać za darmo. Innych ludzi też wykorzystywałam. Robili wszystko, żeby się ze mną zadawać. Nie widzę w tym nic złego , kiedy dwie strony mają z tego korzyść. Prócz ‘’niby’’ przyjaciółek miałam też paczkę prawdziwych przyjaciółek. Często jednak robiłyśmy sobie od siebie przerwy, ponieważ one nie mogły znieść ze mną dłuższego okresu czasu. I szczerze to się im nie dziwię.
  Włączyłam radio, ale niestety Coldplaya już nie grali. Leciała jakaś audycja o wpływie internetu na dzisiejszych nastolatków. Po pięciu sekundach wyłączyłam. Znudzona, odgarnęłam kosmyk długich, blond włosów za ucho i teatralnie ziewnęłam.
   - Co by tu zjeść na kolację? Znowu krem z papryki czy może…Aaa! – odciągnął mnie od zamyślenia mój własny, przeraźliwy krzyk. Przekręciłam kierownicę w lewo z całej siły, ale było już za późno.
  Z trudem otworzyłam swoje zielone oczy, ukazał mi się rozmazany obraz. Stały nade mną cztery postacie. Jedyną, którą rozpoznałam była moja mama. Ubrana w białą bluzę i beżowe spodnie khaki,  trzymała w ręku swojego Iphona. Złote włosy miała związane w niechlujnego koka. Jej twarz była zatroskana, a oczy podkrążone. Obok niej stała Savannah. Rozpoznałam ją po ciemnych okularach – kujonkach. Ubrana była w liliową sukienkę J.Crew i słomkowe koturny. Po chwili przypomniałam sobie, że umówiłyśmy się do kina. Trzecią osobą był doktor, który przyglądał się swojemu notesowi.
-Panno Susan Orchards? – zapytał mnie delikatnie. – Jak się panna czuje?
To miejsce to szpital! Spojrzałam na dalszą część pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Było ogromne. Spostrzegłam inne łóżka szpitalne. Z tym miejscem wiązało się wiele dziwnych wspomnień. Po chwili poczułam przeszywający ból pleców, spojrzałam na swoje dłonie, do których były wbite wenflonowe rureczki z kroplówką. Odzyskałam pełną świadomość. Coś się stało. Miałam wypadek?
-Jak się czuję?! – krzyknęłam. – No po prostu zajebiście, wiecie co! Idealny plan na spędzenie piątkowego wieczoru! – mój głos skakał z ochrypłego w piskliwy dźwięk. – Żądam natychmiastowego wytłumaczenia co się stało! – warknęłam.
- Spokojnie, Susan. – rzekła czwarta postać -  wysoki, ciemnowłosy chłopak, mniej więcej w moim wieku. Nie znałam go. Miał na sobie granatowy, bawełniany T-shirt, który doskonale podkreślał jego ciemnoniebieskie oczy, czarne luźne jeansy i znoszone nike janoski. Jego gęste, ciemne włosy były zmierzwione, a na brodzie miał wielkiego siniaka. Wyglądał na wyczerpanego, ale pomimo tego prezentował się całkiem przyzwoicie. W jednej chwili w mojej ręce znalazła się szklanka wody,  którą z całej siły rzuciłam w tego cwaniaka. Szklanka trafiła w jego szeroką klatkę piersiową, po czym upadła na podłogę i rozbiła się.
- Kim jesteś?! – wrzasnęłam najmocniej jak umiałam. Po chwili w całej sali rozległy się nerwowe rozmowy. Spostrzegłam w drzwiach dwóch postawnych mężczyzn, którzy wzięli moje łóżko i skierowali je do drzwi wyjściowych.
-Ona jest teraz bardzo rozdrażniona, więc nie należy jej denerwować. – zdołałam usłyszeć tylko to jedyne zdanie z ust lekarza, zanim poczułam ogromne zmęczenie i utonęłam w głębokim śnie.
  Następnego dnia byłam już w swoim domu. Był to dość duży dom zbudowany w stylu kolonialnym, posiadał  nawet mały basen. Wypuszczono mnie ze szpitala, ponieważ moje wyniki badań były pozytywne, miałam tylko poobijane ciało. A poza tym to błagałam o wypuszczenie mnie z tego nieprzyjaznego miejsca. Poinformowano mnie, że spowodowałam wypadek na drodze, poprzez zbyt szybką prędkość, a dodatkowo w mojej krwi znaleziono śladowe ilości alkoholu. Wydawało mi się to dziwne, bo nigdy nie przekraczam prędkości, a zwłaszcza na moście… Siedziałam sobie właśnie przy stole w kuchni, przeglądając Women’s Health i rozmyślając o wczorajszych wydarzeniach, gdy zadzwonił telefon.
- Halo, tu Susan Orchards. – odebrałam go.
-Tutaj Stanowa Komenda Policji. Czy jest pani w stanie pojawić się dziś o 15:00 w sądzie w związku z wczorajszym wypadkiem? – zapytał głos w słuchawce.
-Uhmm, myślę że tak. – odparłam niechętnie, wiedząc że lepiej załatwić tą sprawę jak najszybciej.
Powróciłam do czytania magazynu i zobaczyłam reklamę sportowego modelu Audi, od razu wiedziałam że chcę je mieć. Mój Land Rover został zmasakrowany. Ale zaraz, zaraz…Co jeśli zabiorą mi prawo jazdy? Boję się. Ścisnęło mi w brzuchu, a po moim policzku spłynęła łezka.
- Wszystko będzie dobrze! – powiedziałam do siebie, po czym zrobiłam sobie kanapkę z masłem orzechowym na bezglutenowym chlebie.
  O 15:00 wraz z moją mamą i ciocią Helene, która jest prawnikiem czekałyśmy przed głównym budynkiem sądu w Jacksonville. Ciocia zwróciła mi uwagę, że czarna mini-spódniczka bombka nie jest najlepszym ubraniem na rozprawę sądową, ale było już za późno. Weszłyśmy do budynku. W Sali było kilka zupełnie obcych mi osób.
   -Susan Orchards została oskarżona o spowodowanie wypadku na Drodze Stanowej nr 115, poprzez wyprzedzanie, przekroczenie prędkości oraz jazdę pod wpływem alkoholu. – rozprawę rozpoczęły słowa sędzi. Gdy to usłyszałam zrobiłam się cała gorąca. Może i nie pamiętałam wczorajszych zdarzeń, ale nie wyobrażam sobie, abym miała kiedykolwiek wyprzedzać na autostradach, zwłaszcza że prawko miałam dopiero od pięciu miesięcy!
-Czy są jacyś świadkowie? Ponieważ nie pamiętam co się wtedy zdarzyło. Byłam nieprzytomna. – rzuciłam bez większego zastanowienia.
-Pan Jason Buckner – świadek i poszkodowany proszony jest o wejście na salę. – rozległ się głos sędzi. To był ten cwaniak, którego wczoraj udało mi się walnąć szklanką. Miał na sobie ciemnozieloną koszulę i te same czarne jeansy co wczoraj. Poszkodowany? Pff… Coś mu chyba się pomyliło.
- Jechałem wczoraj Drogą 115 w stronę centrum i nagle na moim pasie pojawił się biały Land Rover, jadący w przeciwnym kierunku, więc zahamowałem ale Land Rover tego nie zrobił.
- Nie zgadzam się!- zaprotestowałam. – To zupełnie niemożliwe.
 Kłóciliśmy się tam o to jeszcze przez pół godziny, ale ostateczne przegrałam i muszę zapłacić karę w wysokości 25 tysięcy dolarów, a prawo jazdy mam zabrane na czas nieokreślony.
   Wkurzona, ze łzami w oczach schodziłam z piętra, gdy ktoś złapał mnie za rękaw marynarki. Odwróciłam się. To był on – Jason Buckner.
- Tak mi przykro.- powiedział.
-Odpuść sobie. Najpierw kłamiesz a teraz jest ci przykro?- odparłam, po czym pociągnęłam nosem.
- Nie kłamię. Wszystko co powiedziałem w sądzie było prawdą. Naprawdę, nie chciałem żeby tak to się potoczyło. Chodzisz do Jackson High?- zapytał. Jego oczy tak ładnie świeciły. Jakby rzeczywiście był poruszany.
-Tak, a co?-odwarknęłam, choć bardzo zainteresowało mnie co on ma do powiedzenia.
-Studiuję niedaleko. I tak się składa, że mam drugi samochód, brat mi zostawił. Może chciałabyś abym cię podwoził do szkoły? – zapytał śmiało, po czym przygryzł wargę.
-Szczerze to… byłoby idealnie.- powiedziałam szeptem.
   Wymieniliśmy się numerami telefonów. Okazało się, że Jason studiuje bioinformatykę na Uniwersytecie Jacksonville, a pochodzi z Nowego Orleanu. Z sądu wyszłam samotnie, szlochając potajemnie. Niby wypadki się zdarzają, ale coś tu mi się wydaje podejrzane. Po prostu nie wierzę, żebym to ja spowodowała ten wypadek. I dowiem się kto, ponieważ po prostu nie chcę być WINNA.

Co za dziwny weekand.