piątek, 1 maja 2015

Rozdział 7

Poczułam paraliż w całym ciele. Cienkie, szorstkie sznurki wrzynały się w moje nadgarstki,  kostki i biodra. Byłam przywiązana do krzesła. Drzazgi wbijały się w moje ciało. Próbowałam krzyczeć, ale ciepła dłoń, pachnąca mdłym kremem kokosowym trzymała mocno moje usta, nie poddając się moim desperackim próbom uwolnienia się, poprzez majtanie głową na wszystkie strony. Wreszcie poczułam jak obkleja mi dolną część twarzy mocną taśmą budowlaną. Chwilę potem odkleiła mi tą samą taśmę z oczu, wyrywając dużą kępkę rzęs. To była Ayumi Ito. Zobaczyłam jej tajemniczy uśmieszek, oraz czarne oczy, które błyszczały. Za nią stały Elaine Roerig i Sarah Bennet, chichotały. Ayumi przecięła mi koszulkę. Elaine wyjęła z wiadra duży, płaski płat mięsa, ociekający krwią. Położyła mi go na nagiej klatce piersiowej. Był zimny i cuchnący, po moim ciele przeszedł dreszcz. Wybuchnęły śmiechem. Rozsmarowały na mnie resztę krwi i wmasowały we włosy, jakby była to odżywka.
- Będziesz pięknie pachnieć! – zawołała Sarah, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Gdy zapach krwi rozniósł się po starym warsztacie samochodowym, w którym znajdowałyśmy się, Ayumi wyszła z pomieszczenia i wróciła po kilku minutach z pewnym narzędziem, którego dokładnie nie widziałam. Nastawiła coś. Po chwili usłyszałam warkot, który zagłuszył, lecącą z zardzewiałego gramofonu piosenkę Nirvany ‘’Breed’’. Warkot przypominał kosiarkę. Dopiero potem dotarło do mnie, że Ayumi stoi tuż za moimi plecami z mechaniczną piłą łańcuchową. Opiera swoje, pachnące kokosem ręce na moich ramionach i po chwili obydwie topimy się niczym gorący wosk. Poczułam przeszywający ból…
Obudziłam się w swojej sypialni, cała czerwona, płytko oddychając. Wczoraj wieczorem, gdy znalazłam krew we własnym portfelu pobiegłam do domu. Po drodze spotkałam dziewczyny siedzące przed domem Elaine. Gdy zobaczyły mnie w tym stanie – rozdrażnioną i pojękującą co kilka sekund, roześmiały się do rozpuku. Tak jakby dokładnie wiedziały co mi się przytrafiło… Od tamtej chwili prześladowały mnie różne dziwne myśli i koszmary, na które zupełnie nie miałam ochoty.
Po kilku godzinach spędzonych na płakaniu w poduszkę i próbach obejrzenia ostatniej części Piratów z Karaibów, postanowiłam wypocić swoje troski i iść na trening biegacki, przygotowujący do zawodów stanowych, które miały odbyć się za dwa miesiące. Żółta, sportowa koszulka z cienkiego materiału firmy New Balance tylko podkreślała niezdrowy kolor mojej cery, ale obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować. Tenisówki tej samej firmy miały o 2 numery za duży rozmiar, kupiłam je, ponieważ posiadały zamszowe wstawki i idealnie pasowały do żółtej koszulki. No i były z edycji limitowanej. Ludzie, których spotkałam na bieżni przyglądali mi się uważnie, zapewne, gdyby wiedzieli jak beznadziejnie się czuję, zdziwiliby się bardzo, ponieważ nieskromnie lecz obiektywnie stwierdzę, że mimo tego słabego samopoczucia, bladości cery, podkrążonych oczu i braku energii wyglądałam całkiem przyzwoicie.
Pff… Wyglądałam perfekcyjnie. Nazywam się Susan Orchards i wyglądam perfekcyjnie nawet w dresie, po pięciu melanżach, dwóch nieprzespanych nocach i bez makijażu.
Po pięciu kilometrach, przebiegniętych w ciągu niecałych dwudziestu minut byłam wykończona, ale i bardzo szczęśliwa. Wysiłek fizyczny był najlepszym pomysłem jaki przyszedł mi do głowy w ciągu ostatnich dwóch dni. W towarzystwie dwóch sympatycznych chłopców – studentów lokalnej Akademii Wychowania Fizycznego, którzy przychodzili do centrum sportu na praktyki, udałam się do pobliskiej kafejki, gdzie sprzedawano zdrowe lody. Wybrałam te o smaku truskawek i liczi i wśród krzewów begonii, która przestawała już kwitnąć, rozmawialiśmy o moich wynikach i rekordach biegackich. Dominick i Dave wypowiedzieli same komplementy na mój temat i z rozmarzonymi oczami wypisali mi kupon do darmowego korzystania z tutejszego klubu fitness i spa na najbliższy rok.
Kupiłam jeszcze porcję lodów liczi na wynos w kubku termicznym, ponieważ smakowały wyśmienicie, a liczi było moim ulubionym owocem i zawsze, gdy spotykałam jakiś produkt z niego musiałam go kupić. W szóstej klasie kupiłam papierosa elektrycznego tylko dlatego, że był o zapachu liczi. Gdy mama go znalazła troszkę się zdziwiła, mimo że już w tamtym okresie było wiadomo, że nie będę łatwym nastolatkiem.
W trakcie drogi do domu czułam się bardzo dobrze. Florydzkie słońce w kolorze dojrzałej pomarańczy właśnie schodziło za horyzont. Samochody z piskiem opon wchodziły w zakręt obok, którego stałam, wiatr przyjemnie chłodził moją zaczerwienioną skórę. Tak było do momentu, w którym poczułam zapach mdłego, kokosowego kremu. Słońce gwałtownie schowało się za chmurami, żaden samochód nie jechał ulicą, powietrze stało się jeszcze bardziej parne niż zwykle. Pachniało nieprzyjemną mieszanką spalin, kokosa, stęchlizny i dziwnej, podejrzanej woni, którą skądś znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Zakręciło mi się w głowie, upadłam na kolana. Wszędzie widziałam krew, w mojej ręce nie wiem skąd, pojawił się nóż. Czarne ptaki, podajże kruki skubały kawałki mięsa z czegoś co przypominały martwą sarnę, która leżała trzy metry po mojej lewej. Ayumi Ito, Elaine Roerig, Sarah Bennet, Savannah Carradine, Kristen Zayas i kilka innych moich koleżanek taplały się we wielkim jeziorku, wypełnionym gęstą krwią, wesoło o czymś rozmawiając. Poczułam coś uderzającego w moją twarz. Była ziemia, rzucona we mnie wielką łopatą przez Jasona, który płacząc mówił coś do mnie, niestety nie mogłam zrozumieć co. Nagle zawiał silny wiatr i wszystko to znikło niczym nietrwały popiół. Na końcu pojawiła się jeszcze jedna postać. Mężczyzna. Nie poznałam go.
- Musisz się zmienić, musisz zrozumieć jakie błędy popełniasz. Jak zachowujesz się wobec ludzi. Jakie są dla ciebie najważniejsze wartości. Jesteś jednym wielkim niczym. – odparł opanowanym głosem, łza kręciła mu się w oku.
- Dobrze. – nie wiem dlaczego wypowiedziałam to słowo, byłam tak kompletnie zmieszana, że nie wiedziałam co się dzieję. Łzy poleciały mi po policzkach. Mężczyzna otarł je swoimi delikatnymi, ale silnymi dłońmi.
Stałam przy drodze, gdzie mnóstwo samochodów nieuważnie wchodziło w zakręt, słońce zachodziło, a cudowny wiaterek rozwiewał mi włosy. Nie było czuć już mdłego kokosa, tylko słodki zapach kwitnącej begonii, prawdopodobnie czułam go ostatni raz w tym roku. Uwielbiałam ten zapach.

Czy to był tata?