sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 1

  - Piękna. Niesamowita. Perfekcyjna. – tymi słowami określiłam nową białą sukienkę w granatowe kwiaty z Abercrombie&Fitch. Założyłam ją do granatowych balerinek i granatowej torby z Coacha.
Długie blond włosy spięłam w luźnego kucyka. Pociągnęłam usta truskawkowym błyszczykiem. Wyglądałam perfekcyjnie jak ta sukienka. Wystarczająco perfekcyjnie, aby pokazać się w szkole w poniedziałkowy poranek. Zeszłam na dół po wiktoriańskich schodach. Wyjęłam z lodówki sok marchewkowy i ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych. Pod bramą czekał na mnie srebrny, na oko piętnastoletni Ford Fiesta. Coś takiego jeszcze jeździ po drogach? Że też musiałam rozwalić akurat ten lepszy samochód Jasona – Subaru Forester. O ile w ogóle to ja go rozwaliłam… Przywitał mnie kolejny parny, florydzki dzień. Czuć było zapach smażonych pankejków, który dobiegał z patio sąsiadów – państwa Deegweed. Słychać było śmiech ich dzieci.
- Pośpiesz się musimy pojechać jeszcze na stację benzynową. – krzyknął do mnie Jason. Podeszłam do furtki i wsiadłam do jego samochodu. W środku roznosił się zapach papierosów, męskiego dezodorantu Axe oraz chińszczyzny, którą sądząc po pustym opakowaniu na tylnym siedzeniu, Jason jadł wczoraj na kolację.
-Dzień dobry. – powiedziałam, zerkając na godzinę w moim Iphone. 8:02.
-Cześć. – rzucił Jason, po czym włączył silnik samochodu. Nawet na mnie nie spojrzał. A ja tak starannie przyszykowałam dzisiaj swój strój. Spojrzałam na jego szarą koszulkę z logo Jacksonville Jaguars.
-Masz fajny T-shirt! – powiedziałam bez zastanowienia i pokazałam na mój case od Iphona z tym samym logo.
-Dzięki. – Jason sarkastycznie się uśmiechnął. Następne dziesięć minut spędziliśmy milcząc, słuchając wiadomości.
-Masz zły humor? – zapytałam. Nie byłam przyzwyczajone do tego, że ktoś mnie olewał. Zawsze chłopcy zamęczali mnie pytaniami i propozycjami. Było to wkurzające, ale lepsze od bycia ignorowanym.
-Nie, po prostu dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, rzucając we mnie szklanką i drąc się na mnie w sądzie. Wydajesz się trochę niebezpieczna. Czy robię coś złego? – odgarnął włosy z czoła, jego usta wygięły się w wredny uśmiech. Zrobiło mi się duszno. N I E B E Z P I E C Z N A?!  W mgnieniu oka pas zaczął mnie okropnie kłóć, zapach chińszczyzny okropnie drażnić, a głos prezenterki zaczął przypominać mordowanego kota.
-Bardzo dobrze.- warknęłam, choć  wcale tak nie uważałam. Jak ten dupek mógł tak powiedzieć?! Jak on w ogóle mógł tak pomyśleć?!
O 8:50 stanęłam w szerokich drzwiach zabytkowego budynku, który zajmowało Jacksonville High School, potocznie nazywane Jackson High. Gdy tylko weszłam do środka, dopadła mnie grupa grupa dziewczyn – moich przyjaciółek. Ayumi  Ito – niska Japonka z przepięknymi, gęstymi włosami wyciągnęła Ipada z różowej torby Kate Spade. Otworzyła wyszukiwarkę i po chwili podsunęła mi tableta pod nos.
-Nastoletnia gwiazda Jacksonville zmasakrowała Most Adams! – przeczytałam na głos nagłówek artykułu z Gońca Florydzkiego. Początkowo się przeraziłam i przeszedł mnie dreszcz, ale po chwili wybuchłam śmiechem.
-Co to ma być, suko? – zapytała z wielkim uśmiechem na twarzy Elaine Roerig – chuda blondynka z twarzą w biegach i wściekle różowych okularach na włosach.
- Myślałyśmy, że miałaś tylko drobny wypadek, a ty rozwaliłaś most? – dodała Ayumi.
-Nie rozwaliłam mostu. Ale mój Land Rover jest już na złomowisku. – odpowiedziałam, gestykulując ocieranie łez.
- Tam był mój błyszczyk z Diora! – krzyknęła Sarah Bennet, słodka, głupiutka, jasna blondynka ubrana w dżersejową sukienkę w panterkę i różowy sweterek.
- Ale czy strata samochodu jest powodem do wynajmowania najtańszej taksówki w całym Jacksonville? – zapytała z przekąsem Ayumi, patrząc na Forda Fieste Jasona, który jeszcze nie odjechał. Nie odpowiadając na jej pytanie, ruszyłam w stronę Sali matematycznej – miejsca gdzie odbywała się pierwsza lekcja. Grupa, której przywódczynią byłam, ruszyła za mną. Na lekcji wszyscy się na mnie gapili, jednak byłam już do tego przyzwyczajona, więc nie robiło ta na mnie zbyt dużego wrażenia.
- Do tej pory niszczyła serca chłopców z całej szkoły. W piątek zniszczyła most. Czy ona aby trochę nie przesadza? – usłyszałam jakiś szept z tyłu klasy. Zaśmiałam się pod nosem.
- Słyszałem, że była nawalona jak szpak. – dodał ktoś inny. Wybuchłam śmiechem. Dla innych może być to dziwne, ale ja uwielbiałam być przedmiotem szkolnych plotek i intryg.
-Panno Orchards?  Czy funkcje trygonometryczne wielokrotności kąta są takie śmieszne? – zapytał pan Kirshner- stary, wąsaty nauczyciel matematyki.
- No jasne. – odparłam pod nosem. Dostało mi się uwagę, ale było to u mnie na porządku dziennym.
Na lunchowej przerwie, podczas jedzenia sałatek z komosą ryżową, co było najnowszym slowfoodowym trendem, rozmawiałyśmy o nieudanej fryzurze Johnnego Deppa na gali Golden Globe.
W pewnym momencie dostałam SMS-a. Od Jasona Bucknera. Czego ten cwaniak chce?
-Jutro niestety nie mogę Cię podwieźć, przepraszam. – brzmiała treść wiadomości.
-I dobrze, Twoje towarzystwo mnie krępuje. – pomyślałam. Tylko jak ja się dostanę jutro do szkoły? Bo nie ma opcji, abym skorzystała z komunikacji miejskiej, to dla plebsu. Wpadł mi do głowy pomysł.
-Elaine, podwieziesz mnie jutro do szkoły? – zapytałam, słodko mrugając oczkami.
- Z przyjemnością Susan, ale wiozę młodsze rodzeństwo i przecież wiesz, że nie mam więcej miejsca w swoim Jeepie Grand Cherokee. – uśmiechnęła się Elaine.
-Czy to jest dla ciebie tak wielki problem, by sprawić aby jedno z twojej bandy bachorów nie poszło do szkoły? – rzuciłam z przekąsem.
-Niby jak?! – zapytała urażona Elaine.
-Sposobów jest mnóstwo… Wystarczy dosypać bratu  łyżkę soli oczyszczonej do picia, a jutro nie będzie mógł wyjść z toalety. – rzuciłam bez dłuższego zastanowienia.
- Twoja podłość nie zna granic! – Elaine podniosła swój cienki głos, na jej twarzy pojawił się grymas. Wstała od stołu.
-Spokojnie Elaine, to jest Susan. Ona nie jest do końca normalna. – Ayumi próbowała naprawić sytuację, posyłając mi znaczące spojrzenie. Ale Elaine odniosła tackę z jedzeniem i udała się w kierunku Sali muzycznej.
  Zawsze po lekcjach szłam z moimi ‘’niby’’ przyjaciółkami oglądać trening chłopców z drużyny lacrosse.  Spotykałam tam około dwudziestu dziewczyn z mojego rocznika, które były podniecone tym, że spędzają ze mną trochę czasu. Mama Jules Brooke pracowała w outlecie Calvina Claina i zawsze, gdy trafiały się najlepsze okazje przechowywała rzeczy specjalnie dla mnie. Brat Kristen Zayas był aktorem i gdy miał okazję spotkać kogoś znanego, zawsze zbierał dla mnie autografy. Tata Savannah Carradine miał salon kosmetyczny, z którego usług korzystałam za darmo. Bycie popularnym to fajna sprawa, ale czasem nie chciało mi się siedzieć na boisku i gadać z dziewczynami setny raz o ramionach Codiego Lithgowa  - szkolnej gwiazdy lacrosse, albo czekać aż on lub jego kumpel Robert Killam zdejmą koszulkę. Dlatego też dzisiaj odwołałam spotkanie swojego fun clubu.     
 Zamknęłam się w toalecie i poczekałam aż wszyscy uczniowie Jackson High wyjdą. Po dwudziestu minutach pobiegłam pobocznymi uliczkami do najbliższej stacji kolejki nadziemnej, aby nikt nie zauważył że korzystam z komunikacji miejskiej. Gdy byłam w wagonie, okulary słoneczne nie były mi potrzebne, więc schowałam je do torby z Coacha. Wkładając je, znalazłam coś bardzo dziwnego. Przezroczysty, silikonowy woreczek z białym proszkiem w środku. Odwróciłam woreczek na drugą stronę. Widniał na nim podpis ‘’HEROINA’’. Przeraziłam się. Złapałam woreczek w garść tak, aby nikt go nie zobaczył, niestety przerwałam go paznokciem i zawartość wysypała się na podłogę kolejki nadziemnej. Nie wiedziałam co robić. Na woreczku były moje odciski palców, więc nie mogłam go wyrzucić i uciec z miejsca wypadku. Ale nie mogłam też zostawić proszku w miejscu, w którym stałam, ponieważ był tu monitoring i gdy znajdą tu heroinę, na pewno zaczną przeszukiwać nagrania, w celu dowiedzenia się kto zostawił tu ten narkotyk. Postanowiłam, że zatrzymam woreczek, więc schowałam go z powrotem do torby. Następnie upozorowałam, że wylał mi się sok marchewkowy, właśnie w to miejsce gdzie leżał biały proszek. Wytarłam go chusteczką, którą schowałam do torby.
- Kto zrobił mi taki kreatywny dowcip? – pomyślałam sobie. Cała się trzęsłam, panicznie się bałam że ktoś to odkryje. Jedyną osobą, która przychodziła mi na myśl była Elaine, która dzisiaj się na mnie obraziła. Ale skąd ona wzięłaby herę? I po co miałaby to robić? Najpierw ktoś chce mnie wrobić w spowodowanie wypadku samochodowego, a teraz w posiadanie narkotyków?
  Gdy kolejka zatrzymała się na mojej stacji, wystrzeliłam jak z procy i jak najszybciej pobiegłam do domu. Przebrałam się w biały kostium kąpielowy z Victoria’s Secret, rozpuściłam burzę blond loków i wskoczyłam do basenu. Pływanie relaksowało mnie.

Dzisiejszy dzień nie był perfekcyjny jak moja sukienka. Był beznadziejny.

piątek, 27 lutego 2015

Prolog


   Pewnego piątkowego popołudnia wracałam ze szkoły swoim białym Land Roverem. Florydzkie powietrze było parne , w a całym Jacksonville roznosił się słodki zapach kwitnącej begonii. Wyciszyłam na chwilę lecącą w radiu piosenkę Coldplay i pozwoliłam sobie rozkoszować się pięknym, panoramicznym widokiem miasta, w którym miałam przyjemność mieszkać. Jacksonville było miastem, w którym trudno było się nie zakochać. Nowoczesne wieżowce w połączeniu z niesamowitą florydzką przyrodą tworzyły wspaniały komplet. A najlepsze było to, że nie było tam zbyt dużo turystów – samo miasto nie miało wielu atrakcji, poza cudownym klimatem i przyjaznymi mieszkańcami.
  - O nie, jest już 16:56, a ja umówiłam się z Savannah na 17! – pomyślałam sobie, zatrzymując się w niewielkim korku. Savannah była jedną z moich‘’niby’’ przyjaciółek, ale spotykałam się z nią tylko dlatego, że jej ojciec miał salon kosmetyczny, z którego mogłam korzystać za darmo. Innych ludzi też wykorzystywałam. Robili wszystko, żeby się ze mną zadawać. Nie widzę w tym nic złego , kiedy dwie strony mają z tego korzyść. Prócz ‘’niby’’ przyjaciółek miałam też paczkę prawdziwych przyjaciółek. Często jednak robiłyśmy sobie od siebie przerwy, ponieważ one nie mogły znieść ze mną dłuższego okresu czasu. I szczerze to się im nie dziwię.
  Włączyłam radio, ale niestety Coldplaya już nie grali. Leciała jakaś audycja o wpływie internetu na dzisiejszych nastolatków. Po pięciu sekundach wyłączyłam. Znudzona, odgarnęłam kosmyk długich, blond włosów za ucho i teatralnie ziewnęłam.
   - Co by tu zjeść na kolację? Znowu krem z papryki czy może…Aaa! – odciągnął mnie od zamyślenia mój własny, przeraźliwy krzyk. Przekręciłam kierownicę w lewo z całej siły, ale było już za późno.
  Z trudem otworzyłam swoje zielone oczy, ukazał mi się rozmazany obraz. Stały nade mną cztery postacie. Jedyną, którą rozpoznałam była moja mama. Ubrana w białą bluzę i beżowe spodnie khaki,  trzymała w ręku swojego Iphona. Złote włosy miała związane w niechlujnego koka. Jej twarz była zatroskana, a oczy podkrążone. Obok niej stała Savannah. Rozpoznałam ją po ciemnych okularach – kujonkach. Ubrana była w liliową sukienkę J.Crew i słomkowe koturny. Po chwili przypomniałam sobie, że umówiłyśmy się do kina. Trzecią osobą był doktor, który przyglądał się swojemu notesowi.
-Panno Susan Orchards? – zapytał mnie delikatnie. – Jak się panna czuje?
To miejsce to szpital! Spojrzałam na dalszą część pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Było ogromne. Spostrzegłam inne łóżka szpitalne. Z tym miejscem wiązało się wiele dziwnych wspomnień. Po chwili poczułam przeszywający ból pleców, spojrzałam na swoje dłonie, do których były wbite wenflonowe rureczki z kroplówką. Odzyskałam pełną świadomość. Coś się stało. Miałam wypadek?
-Jak się czuję?! – krzyknęłam. – No po prostu zajebiście, wiecie co! Idealny plan na spędzenie piątkowego wieczoru! – mój głos skakał z ochrypłego w piskliwy dźwięk. – Żądam natychmiastowego wytłumaczenia co się stało! – warknęłam.
- Spokojnie, Susan. – rzekła czwarta postać -  wysoki, ciemnowłosy chłopak, mniej więcej w moim wieku. Nie znałam go. Miał na sobie granatowy, bawełniany T-shirt, który doskonale podkreślał jego ciemnoniebieskie oczy, czarne luźne jeansy i znoszone nike janoski. Jego gęste, ciemne włosy były zmierzwione, a na brodzie miał wielkiego siniaka. Wyglądał na wyczerpanego, ale pomimo tego prezentował się całkiem przyzwoicie. W jednej chwili w mojej ręce znalazła się szklanka wody,  którą z całej siły rzuciłam w tego cwaniaka. Szklanka trafiła w jego szeroką klatkę piersiową, po czym upadła na podłogę i rozbiła się.
- Kim jesteś?! – wrzasnęłam najmocniej jak umiałam. Po chwili w całej sali rozległy się nerwowe rozmowy. Spostrzegłam w drzwiach dwóch postawnych mężczyzn, którzy wzięli moje łóżko i skierowali je do drzwi wyjściowych.
-Ona jest teraz bardzo rozdrażniona, więc nie należy jej denerwować. – zdołałam usłyszeć tylko to jedyne zdanie z ust lekarza, zanim poczułam ogromne zmęczenie i utonęłam w głębokim śnie.
  Następnego dnia byłam już w swoim domu. Był to dość duży dom zbudowany w stylu kolonialnym, posiadał  nawet mały basen. Wypuszczono mnie ze szpitala, ponieważ moje wyniki badań były pozytywne, miałam tylko poobijane ciało. A poza tym to błagałam o wypuszczenie mnie z tego nieprzyjaznego miejsca. Poinformowano mnie, że spowodowałam wypadek na drodze, poprzez zbyt szybką prędkość, a dodatkowo w mojej krwi znaleziono śladowe ilości alkoholu. Wydawało mi się to dziwne, bo nigdy nie przekraczam prędkości, a zwłaszcza na moście… Siedziałam sobie właśnie przy stole w kuchni, przeglądając Women’s Health i rozmyślając o wczorajszych wydarzeniach, gdy zadzwonił telefon.
- Halo, tu Susan Orchards. – odebrałam go.
-Tutaj Stanowa Komenda Policji. Czy jest pani w stanie pojawić się dziś o 15:00 w sądzie w związku z wczorajszym wypadkiem? – zapytał głos w słuchawce.
-Uhmm, myślę że tak. – odparłam niechętnie, wiedząc że lepiej załatwić tą sprawę jak najszybciej.
Powróciłam do czytania magazynu i zobaczyłam reklamę sportowego modelu Audi, od razu wiedziałam że chcę je mieć. Mój Land Rover został zmasakrowany. Ale zaraz, zaraz…Co jeśli zabiorą mi prawo jazdy? Boję się. Ścisnęło mi w brzuchu, a po moim policzku spłynęła łezka.
- Wszystko będzie dobrze! – powiedziałam do siebie, po czym zrobiłam sobie kanapkę z masłem orzechowym na bezglutenowym chlebie.
  O 15:00 wraz z moją mamą i ciocią Helene, która jest prawnikiem czekałyśmy przed głównym budynkiem sądu w Jacksonville. Ciocia zwróciła mi uwagę, że czarna mini-spódniczka bombka nie jest najlepszym ubraniem na rozprawę sądową, ale było już za późno. Weszłyśmy do budynku. W Sali było kilka zupełnie obcych mi osób.
   -Susan Orchards została oskarżona o spowodowanie wypadku na Drodze Stanowej nr 115, poprzez wyprzedzanie, przekroczenie prędkości oraz jazdę pod wpływem alkoholu. – rozprawę rozpoczęły słowa sędzi. Gdy to usłyszałam zrobiłam się cała gorąca. Może i nie pamiętałam wczorajszych zdarzeń, ale nie wyobrażam sobie, abym miała kiedykolwiek wyprzedzać na autostradach, zwłaszcza że prawko miałam dopiero od pięciu miesięcy!
-Czy są jacyś świadkowie? Ponieważ nie pamiętam co się wtedy zdarzyło. Byłam nieprzytomna. – rzuciłam bez większego zastanowienia.
-Pan Jason Buckner – świadek i poszkodowany proszony jest o wejście na salę. – rozległ się głos sędzi. To był ten cwaniak, którego wczoraj udało mi się walnąć szklanką. Miał na sobie ciemnozieloną koszulę i te same czarne jeansy co wczoraj. Poszkodowany? Pff… Coś mu chyba się pomyliło.
- Jechałem wczoraj Drogą 115 w stronę centrum i nagle na moim pasie pojawił się biały Land Rover, jadący w przeciwnym kierunku, więc zahamowałem ale Land Rover tego nie zrobił.
- Nie zgadzam się!- zaprotestowałam. – To zupełnie niemożliwe.
 Kłóciliśmy się tam o to jeszcze przez pół godziny, ale ostateczne przegrałam i muszę zapłacić karę w wysokości 25 tysięcy dolarów, a prawo jazdy mam zabrane na czas nieokreślony.
   Wkurzona, ze łzami w oczach schodziłam z piętra, gdy ktoś złapał mnie za rękaw marynarki. Odwróciłam się. To był on – Jason Buckner.
- Tak mi przykro.- powiedział.
-Odpuść sobie. Najpierw kłamiesz a teraz jest ci przykro?- odparłam, po czym pociągnęłam nosem.
- Nie kłamię. Wszystko co powiedziałem w sądzie było prawdą. Naprawdę, nie chciałem żeby tak to się potoczyło. Chodzisz do Jackson High?- zapytał. Jego oczy tak ładnie świeciły. Jakby rzeczywiście był poruszany.
-Tak, a co?-odwarknęłam, choć bardzo zainteresowało mnie co on ma do powiedzenia.
-Studiuję niedaleko. I tak się składa, że mam drugi samochód, brat mi zostawił. Może chciałabyś abym cię podwoził do szkoły? – zapytał śmiało, po czym przygryzł wargę.
-Szczerze to… byłoby idealnie.- powiedziałam szeptem.
   Wymieniliśmy się numerami telefonów. Okazało się, że Jason studiuje bioinformatykę na Uniwersytecie Jacksonville, a pochodzi z Nowego Orleanu. Z sądu wyszłam samotnie, szlochając potajemnie. Niby wypadki się zdarzają, ale coś tu mi się wydaje podejrzane. Po prostu nie wierzę, żebym to ja spowodowała ten wypadek. I dowiem się kto, ponieważ po prostu nie chcę być WINNA.

Co za dziwny weekand.