czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 8

Budynek Wydziału Nauk Ścisłych na Uniwersytecie Jacksonville przypominał odrobinkę dworzec kolejowy. Zbudowany był z czerwonej cegły, był dość duży i posiadał niewielką wieżyczkę zegarową w lewym skrzydle. Otaczał go ogród pełen dzikich róż, gdzie studenci przeróżnych kierunków rozkładali koce i jedli brunche w papierowych pudełkach. Dzisiejszy dzień był bardzo przyjemny, nie bardzo gorący, ale, jasny, wypełniony energią, co można było poczuć właśnie tutaj - na uczelni i pachnący croissantami, dżemem malinowym oraz radością.
Stałam u wrót budynku, ubrana w lekką białą sukienkę i skórzane sandałki na płaskim obcasie od Stev'a Maddena. Trzymałam w rękach dwie duże kawy ze Starbucksa i kilka ciasteczek owsianych w papierowej torebce. Czekałam na Jasona, chciałam zrobić mu niespodziankę. Sprawdziłam na stronie internetowej, że zajęcia powinny skończyć się mu właśnie teraz - o 13.20.
Po kilku minutach patrzenia się w obłoki, zobaczyłam go - z grubym zeszytem w ręku, żywo rozmawiającego  z wysokim ciemnoskórym chłopakiem i równie wysoką blondynką z kilkoma kilogramami nadwagi. Wyglądał dzisiaj na bardzo szczęśliwego.
Gdy obok mnie przechodzili, nawet mnie nie zauważył. Lekko się zirytowałam, chociaż nie byłam ani trochę zła, wiedząc, że to nie jego wina. Ruszyłam za nim, poklepałam go polecach.
- Kogo my tu mamy?! Susan Orchards, za chwilę znajdę się na okładce wszystkich gazet w stanie! W czymś ci pomóc, złotko? - żywo zapytał, ciekawy powodu mojego przyjścia. Jego przyjaciele zachichotali, serdecznie się uśmiechając. Poczułam się trochę dziecinnie jako niska, wątła licealistka, w płaskich butach i krótkiej sukieneczce.
- Jestem Kathleen. Kathleen Davenport. - przedstawiła się radośnie blondynka w obszernej koszulce Nike z płytkim dekoltem i jasnych luźnych jeansach. Uścisnęłyśmy sobie dłonie.
- Tommy Radmon. Jason o tobie sporo mówił. - ciemnoskóry chłopak wyciągnął do mnie swoją dużą dłoń i mrugnął. Spojrzałam na Jasona i wysłałam mu pytające spojrzenie. Zaczerwieniłam się.
- Chciałam chwilkę pogadać z Jasonem. Bardzo miło was poznać. - uśmiechnęłam się. Kathleen i Tommy poszli kupić frytki belgijskie, a ja z Jasonem usiedliśmy na ławce w ogrodzie. Chłopak miał na sobie szary T - shirt z logo Ledd Zeppelin i luźne jeansy do kolan. Jego włosy wydawały się lekko dłuższe, a granatowe oczy świeciły się tak samo mocno jak zawsze. 
- Chciałaś porozmawiać o tym co wydarzyło się w moim apartamencie? - zapytał z lekka pozbawiony pewności siebie. Straciłam ochotę na rozmowę, zachciało mi się opalania w jego towarzystwie. Milczałam przez pół minuty, wystawiając twarz w stronę słońca.
- Zależy ile mamy czasu. Jest kilka rzeczy, o których chętnie bym porozmawiała. - powiedziałam, patrząc mu w oczy.
- Mamy półtorej godziny. Potem mam lektorat z hiszpańskiego. Tyle wystarczy prawda? - odpowiedział.
- Tak, oczywiście. Tylko, że chcę mieć pewność, że ci nie przeszkadzam ani nic. Nie musisz się przygotować? - słowa same przechodziły mi przez usta. Trochę nad tym nie panowałam, ale byłam szczęśliwa.
- Nie przeszkadzacz, o nic się nie martw. Cieszę się, że przyszłaś. - uśmiechnął się delikatnie. - Dla kogo jest ta kawa, bo mam ogromną ochotę? - wskazał palcem na kubki ze Starbucksa.
- Przyniosłam dla nas! - odparłam wesoło. - Mam jeszcze ciasteczka owsiane. - wręczyłam mu kawę i papierową torebkę.
- Dziękuję, nie musiałaś. - widać było, że nie spodziewał się tego.
- Wiem, że do przerwy wiosennej zostało już mało czasu, ale... może chciałbyś ze mną gdzieś pojechać? - ogarnęła mnie euforia, że udało mi się wydusić z siebie to pytanie. - widziałam niedawno tanie bilety do Buenos Aires, zawsze chciałam tam pojechać... I pomyślałam sobie, że może... - przerwałam, by zobaczyć jego reakcję. Zadławił się kawałkiem ciasteczka, w jego oczach pojawiła się iskra. Widać było, że targają nim sprzeczne uczucia.
- Susan, znamy się od dwóch tygodni. - odparł cicho, po czym położył swoją dłoń na mojej.
- Wiem. I w tym momencie nasuwa się nam kolejny temat do rozmowy. Czy chcemy tą znajomość "kontynuować"? Co to znaczyło dla ciebie - to w twoim apartamencie? - zapytałam, patrząc na nasze dłonie.
- To zależy od tego jakiej odpowiedzi oczekujesz. - powiedział po krótkiej chwili zastanowienia. Przysunął się do mnie bliżej. Uśmiechnęłam się do siebie, patrząc wciąż na nasze dłonie. Oboje milczeliśmy. Jason przysunął swoją twarz tak blisko mnie, że prawie stykaliśmy się nosami.
- Powiesz mi czego oczekujesz, czy nie? - szepnął. Czułam, że jestem rozpalona na twarzy. Pochyliłam lekko twarz w prawo i pocałowałam go delikatnie. Odwzajemnił pocałunek, prawie niewyczuwalnie mocniej. Poczułam przyjemny dreszcz. Z trudem odkleiliśmy nasze wargi od siebie, wiedząc że niepowinniśmy robić tego w miejscu publicznym. 
- Możesz sama latać samolotem? - Jason miał przyspieszony oddech i był lekko zaczerwieniony.
- Tak. - tylko to potrafiłam z siebie wydobyć.
- I jesteś pewna, że nie ma żadnych przeciwskazań do naszej podróży do Argentyny? - zapytał.
- Z mojej strony nie ma żadnych - odparłam z pełnym nadziei uśmiechem na usatch.
- Zarezerwuj bilety. - powiedział wesoło.
- Wyślę ci wszystko mailem, a ty pomyśl nad planem podróży, dobrze? - zapytałam z coraz większym entuzjazmem. Jason w odpowiedzi jeszcze raz delikatnie pocałował mnie w usta.
- A może wieczorem spotkamy się, żeby wszystko dokładnie obgadać? - zapytał.
- Jak najbardziej dobry pomysł. - odparłam beztrosko. Co z tego, że umówiłam się z Savannah na oglądanie najnowszego odcinka Project Runway, mogę przecież to odwołać. W tym momencie Jason jest najważniejszy. - Pasuje ci 18? - zapytałam.
- Tak, wyślę ci jeszcze SMS - a jakoś o 17. - odparł. 
Pożegnaliśmy się, trzymając się za ręce. Ja rowerem pojechałam do domu, on poszedł na zajęcia. Ostatni raz na niego spojrzałam, gdy wchodził schodami do budynku. Potknął się i na chwilę stracił równowagę. Podbiegł do niego Tommy. Przez chwilę o czymś rozmawiali, Jason był bardzo szczęśliwy, lubię go w takim stanie. Po chwili poczułam na swoim policzku łzę. Mimo to, że większość osób o tym nie wiedziało, a nawet gdyby się dowiedziało to nie uwierzyłoby, byłam bardzo wrażliwą osobą i łatwo było doprowadzić mnie do płaczu, nawet z błachych powodów. Zerwałam sobie kępkę liści dzikiej róży i włożyłam do koszyka.