czwartek, 19 marca 2015

Rozdział 5

Obudził mnie zapach jedzenia. Spojrzałam na zegarek – była już godzina 11:30. Już miałam zrywać się z łóżka, gdy zdałam sobie sprawę, że nie jestem u siebie w domu. Znajduję się w mieszkanku Jasona Bucknera w centrum Jacksonville. Trzeba przyznać, że na jego łóżku śpi się świetnie. Postanowiłam, że poleżę jeszcze chwilkę. Rozmyślałam nad tym jak znalazłam się w sypialni. Moim ostatnim wspomnieniem na jawie było oglądanie gwiazd na kwadratowym balkonie. Moje myśli zostały przerwane cichym szurnięciem białych drzwi, wychodzących z sypialni na korytarz. Jason wszedł do pokoju, trzymając tackę z jajecznicą, grillowanymi bajglami z serkiem Philadelphia, truskawkami pokrojonymi w kostkę i herbatką jaśminową.
- Zrobiłeś mi śniadanie? – zapytałam piskliwym głosem, zrywając się z łóżka.
- Cóż... jesteś u mnie gościem. – odpowiedział z lekka nieśmiało.
- Dziękuję bardzo. – odparłam. Jason wyglądał bardzo dobrze, z resztą jak zawsze. Ubrany był w granatowo – białą koszulę w kratkę z krótkim rękawem, ciemne jeansy i granatowo – zielone, znoszone nike janoski. Wydawało się, że jego gęstych, ciemnych włosów było jeszcze więcej niż zazwyczaj. Pachniał mieszanką tulipanów, dezodorantu Axe, piżma i papierosów. Nie wiem dlaczego, ale gdy poczułam ten zapach przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Podniosłam delikatnie kieliszek z herbatką jaśminową.
- Wiesz, że zasnęłaś wczoraj na balkonie? - zapytał Jason, śmiejąc się. Uśmiechnęłam się, nie wierząc w jego słowa. Nigdy nie zasnęłam w dziwniejszym miejscu niż balkon.
- Byłeś dziś na uczelni? – zapytałam.
- Tak, był bardzo ciekawy wykład o analizie mutacji nowotworowych. – odpowiedział. Poczułam jakby troszkę się rozluźnił, co było dobrym znakiem. Odczuwałam, że jest z lekka skrępowany, gdy ze mną przebywa. Ja z resztą też.
- To musi być bardzo ważny temat. – dodałam, odgarniając burzę swoich lekko splątanych blond włosów. Jason nie odpowiedział, zamiast tego uśmiechnął się potakująco. Nastała chwila ciszy, miałam ochotę coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziałam co. W mojej głowie znajdowała się jedna, wielka pustka. Moje serce zaczęło bić jak szalone. Zapach piżma w powietrzu wyostrzył się, a dźwięk cykania mojego zegarka od Micheala Korsa jakby zrobił się głośniejszy. Przysunęłam się delikatnie do Jasona, i już po chwili nasze usta zetknęły się w pocałunku. Jason przyciągnął mnie do siebie i objął mnie w talii. Zawisłam gdzieś pomiędzy niebem, a ziemią.
W pewnej chwili przerwał nam dźwięk, rwącej się linki, po którym nastąpił przeraźliwy trzask. Momentalnie, zdążyliśmy się od siebie oderwać, zanim olbrzymia, szklana lampa w stylu art. Deco nie spadła nam na głowy. Wylądowała na łóżku, dokładnie między nami. Na szczęście nie rozbiła się, ale z sufitu wysypała się spora ilość tynku.
- Cholera. – szepnął Jason.
- Cholera. – dodałam w myślach. – Idealny moment.
Z góry zsypywało się po trochu coraz więcej tynku, więc Jason poszedł do magazynku po drabinę i próbował zatamować kruszący się sufit. Zdałam sobie sprawę, że powinnam wracać do domu. Nie miałam na to zupełnie ochoty, ale nie mogłam tu przecież przesiedzieć całego dnia. Przebrałam się w różową, bawełnianą sukienkę polo Ralph Lauren – tą samą, którą nosiłam wczoraj i zaczęłam zbierać swoje rzeczy, jedząc ostatni kawałek bajgla. Podeszłam do Jasona, na którego ciemnych, gęstych włosach osiadł miały proszek – skruszony tynk. Skierował swoje granatowe oczy w moje.
- Jeśli byś czegoś potrzebowała, daj znać. – powiedział, chwytając moją dłoń w dwie ręce. Poczułam wypełniające mnie ciepło.
- Jasne. Do zobaczenia. – odparłam, szeroko uśmiechając się. Weszłam do saloniku, gdzie na srebrnym wieszaku wisiała moja zielona torba Kipling. Moją uwagę przykuł Macbook Jasona, na którym przyklejona była żelowa naklejka ze Spangebobem. Nie mogłam się powstrzymać od zerknięcia w jego ekran. Jak przygotować bajgle – krok po kroku. Gdy zobaczyłam w wyszukiwarce artykuł na ten temat, serduszko zaczęło mi bić jak oszalałe, a uśmiech nie schodził z twarzy. Całą drogę do domu w taksówce wpatrywałam się w szybę i piękne widoki Jacksonville. Ten rozmarzony uśmiech nadawał mojej twarzy zupełnie innego wyrazu niż zazwyczaj. Zapomniałam o wszystkich problemach.
Niestety w domu nie było już taki sielankowo.
- Czemu zablokowałaś mój numer? – zapytała z pretensją mama, gdy wchodziłam przez drzwi frontowe. Miała na sobie luźny T-shirt GAP z napisem San Francisco, jeansy boyfriend i japonki. Nie odpowiedziałam nic, nie miałam ochoty na awanturę.
- Nadużywasz mojego zaufania. – dodała.- Chyba powinnam była zadzwonić na policję.
- Odpuść sobie! – krzyknęłam. Mama nigdy nie reagowała tak źle na moje drobne grzechy, takie jak ucieczka z domu. Miałam wrażenie, że odkąd znalazła w mojej torbie nie moje narkotyki, traktowała mnie jak dziecko chore mentalnie. Taka akcja potrafi totalnie zepsuć humor. Wdrapałam się na górę i przystąpiłam do pakowania ubrań, które zabiorę na wyjazd do Miami w ferie wiosenne, które zaczną się już we wtorek. Wcześniej byłam bardzo podekscytowana tą podróżą, ponieważ będzie to pierwsza wyprawa moja i moich przyjaciółek zorganizowana zupełnie bez rodziców. Jednak, gdy otworzyłam moją szafę kolosalnych rozmiarów, zupełnie ode chciało mi się tego wyjazdu. Wybrałam kilka sukienek, po czym przebrałam się w szare legginsy i obszerną czarną koszulkę Nike, włączyłam muzykę instrumentalną i moją ulubioną płytę DVD z jogą. Rozciąganie się i medytacja były jedną z tych rzeczy, które mnie relaksowały, generalnie aktywność fizyczna mnie relaksowała. Po zakończeniu sesji jogi postanowiłam poprzeglądać maile, w celu uzupełnienia kalendarza. Pani Bathany – moja wychowawczyni, nauczycielka angielskiego wysłała mi dziś rano wiadomość, że poprowadzę bal wiosenny. Ayumi wysłała propozycje dwóch hoteli w Miami – jeden bardziej luksusowy, a drugi w lepszej lokalizacji. Robert przysłał linka o suplementacji dla biegaczy. Było też mnóstwo maili reklamowych ze sklepów, w których kupowałam. Ale moją uwagę przykuł dziwny mail z Google plus, który pytał czy chcę usunąć historię wyszukiwarki z podanych haseł: najlepsze łopaty, jak zakopać ciało, łopaty amazon, gnijące zwłoki… Nawet nie skończyłam tego czytać, automatycznie kliknęłam TAK, usuń, skasowałam również tego maila. To musiał być jakiś głupi błąd. Na mojej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. Nawet Google popełnia błędy, więc jak rozpuszczona siedemnastolatka ma ich nie popełniać...

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 4

 - Wytłumaczysz mi co to jest? – krzyczała moja mama, trzymając w ręku silikonowy, przezroczysty woreczek z napisem ‘HEROINA’.
- To nie moje, przysięgam, znalazłam to w torbie! – wrzeszczałam ze łzami w oczach.
- Więc, czemu nie oddałaś tego na policję? – zapytała mama wysokim głosem.
- Były tam moje odciski palców, nie chciałam żeby myśleli, że należy do mnie. – odpowiedziałam cicho, sama rozumiejąc swój błąd i w głębi duszy ochrzaniając się za jego popełnienie.
- Twoja głupota mnie przeraża. Najpierw powodujesz wypadek samochodowy, potem urządzasz dziką imprezę, zakraplaną alkoholem we własnym salonie. A teraz co? Teraz nakrywam cię na posiadaniu narkotyków? – krzyknęła mama. – Ty nawet nie jesteś pełnoletnia! – rozbiła porcelanową filiżankę kawy o ceramiczną podłogę. Rozległ się głośny trzask.
- To nie ja! Ktoś mnie wrabia! – krzyknęłam z całej siły, po czym ruszyłam w stronę wiktoriańskich schodów na górę, krztusząc się płaczem. Musiałam jakoś wyładować negatywną energię, niestety nie wiedziałam jak. Zdjęłam złoty zegarek od Micheala Korsa oraz czarne szpilki Louboutin, po czym wyskoczyłam przez okno wprost do basenu. Robiłam tak często w siódmej klasie z moimi przyjaciółkami, ale gdy Sarah złamała obie nogi, stanowczo zabroniono nam bawić się w tą zabawę. Poczułam ulgę, że mogę panować nad tym co robię, że nikt nie może mi nic rozkazywać.
Był czwartkowy wieczór, godzina 21:15 i właśnie zdejmowałam z siebie mokre ubranie po długiej kąpieli w basenie. Cała szklana, biała podłoga w moim pokoju była mokra. Gdzieniegdzie znajdowały się czarne krople – mój makijaż rozmyty przez wodę i łzy. Zakładałam na siebie jedwabną koszulę nocną z Indii. Moje splątane, długie, lokowane włosy trudno było rozczesać. Położyłam się do łóżka, ale nie mogłam zasnąć. Po głowie chodziło mi milion dziwnych myśli. Przerwała to wiadomość tekstowa od Jasona Bucknera.
- Mogę być jutro wcześniej, mam wykład o 8:30? – brzmiała treść wiadomości. Pod wpływem emocji, zadzwoniłam do niego i wszystko mu opowiedziałam.
Już po czterdziestu minutach siedziałam w jego, jak się okazało wypożyczonym granatowym Bentleyu. Miałam na sobie różową, bawełnianą sukienkę polo Ralph Lauren, którą założyłam resztkami sił. Jechaliśmy do jego mieszkania w centrum Jacksonville. Nie mówiliśmy do siebie zbyt dużo. Jason położył swoją dłoń na moim kolanie, po czym wyjątkowo delikatnie się uśmiechnął. Przyznam, że był to bardzo miły gest, który zdawał się mówić ‘nie martw się, jesteś już bezpieczna’. Wysiedliśmy na parkingu przed niedużym apartamentowcem przy jednej z ruchliwszych ulic w mieście. Wjechaliśmy windą na piąte piętro, gdzie znajdowało się lokum Jasona. Było to małe, aczkolwiek nowocześnie i bardzo ładnie urządzone mieszkanko. Pachniało w nim cytrynowym odświeżaczem powietrza. Znajdowało się tam wiele podręczników, książek, segregatorów i innych rzeczy związanych z nauką. Widać było, że Jason przykłada się do swoich bioinformatycznych studiów. Chłopak wziął moją zieloną, sportową torbę Kipling, powiesił ją na srebrnym kołku i wskazał mi miejsce, na którym mogłam usiąść.
- Chcesz coś zjeść, może zamówimy pizzę? – zapytał niepewnie. Zgodziłam się, mimo że nigdy nie jadam fast foodów, choć szczerze… uwielbiam je. Zawsze zmuszam się do jedzenia zdrowej żywności, ponieważ chcę dbać o linię.
- Jason… - zaczęłam nieśmiało. – Dziękuję ci. – moje policzki zaczerwieniły się.
- Naprawdę nie ma za co. – odpowiedział, patrząc mi w oczy.
Po dwudziestu minutach przyszła pizza. Zjadłam ją oglądając telewizję na kanapie Jasona, on w tym czasie pisał jakiś referat na studia, podajże o systemie lokalizacji.
- Pojedziesz ze mną jutro na policję? – przerwałam mu. Spojrzał na mnie, przełknął ślinę. Widać było, że intensywnie się nad czymś zastanawia.
- Nie chcę cię martwić Susan, ale wszystko wskazuje na to, że ty popełniłaś te przestępstwa. – powiedział Jason zdecydowanym głosem. Przeszedł mnie dreszcz, moje źrenice powiększyły się, a twarz zastygła w delikatnym grymasie.
- Nie wierzysz mi? – gwałtownie się podniosłam.
- Oczywiście, że ci wierzę, ale chcę ci tylko uświadomić jak widzą to inni. – westchnął Jason, po czym wstał i usiadł obok mnie. Gdy zobaczył, że nasze uda się stykają, odsunął się delikatnie. – Nie chcę żebyś podejmowała pochopne decyzje, które potem mogą ci bardzo zaszkodzić. – dodał. Poczułam chłód. Klimatyzacja była zbyt mocno włączona. Temperatura wynosiła zaledwie 17 stopni Celsjusza, co w porównaniu do 26 stopni na zewnątrz było bardzo małą liczbą. Zaczęłam się trzęść ze strachu i zimna, a po moich policzkach popłynęły gorące łzy.
Jason przyniósł mi chusteczki, wyłączył klimatyzację i poszedł do samochodu po kocyk. Ja w tym czasie przebrałam się w koszulę nocną, ogarnęłam włosy w luźnego kucyka i zmyłam resztki makijażu. Oczywiście musiałam zapomnieć z domu przyrządów do mycia zębów, więc wzięłam pastę Jasona i użyłam swojego palca jako szczoteczki. Wyszłam na mały, kwadratowy, marmurowy balkon, bo tam było najcieplej. Podziwiałam piękną panoramę Jacksonville. W nocy drapacze chmur, których co prawda nie było wiele, wyglądały cudownie. Chciałabym kiedyś zamieszkać w takim nowoczesnym apartamentowcu, z tym że moje mieszkanie musiałoby być ogromne i nowoczesne. Zawsze uwielbiałam oglądać na filmach tych bogatych celebrytów w swoich nowojorskich apartamentach na Manhattanie. W takim miejscu czułabym się sobą – gwiazdą – osobą, na którą wszyscy zwracają uwagę. Skierowałam swój wzrok na niebo. Dzisiejsza noc wyróżniała się wspaniałą widocznością i było widać chyba każdą konstelację, jaką można zobaczyć. Na chwilę zapomniałam o wszystkich swoich troskach i zaczęłam rozkoszować się widokiem gwiazd. Jedna z nich świeciła najjaśniej. Nie wiem jak się nazywała, ponieważ nie jestem dobra z astronomii i takie rzeczy mnie nie interesują, ale ta gwiazda przypominała mi mnie. 

piątek, 6 marca 2015

Rozdział 3

- Potrzebujesz podwózki? – brzmiała treść wiadomości od Jasona Bucknera, którą dostałam przed sekundą. Był czwartkowy poranek, na szczęście nie tak wilgotny jak ostatnio, ale nadal upalny. Malowałam sobie paznokcie miętowym lakierem Essie, który pasował do bluzy Victoria’s Secret w tym samym kolorze, którą miałam dziś na sobie.
- Tak, bądź o 8:00. – odpowiedziałam na SMS-a.  Zeszłam do kuchni i zrobiłam sobie koktajl owocowy z marakui, truskawek i liczi. Otworzyłam gruby podręcznik do zajęć z biznesu. Nic nie umiałam z ostatniego tematu – marketing zwrotny. Chemii nie uczę się już chyba od dwóch miesięcy. To zwykła strata czasu. Zrobiło mi się trochę smutno myśląc o studiach, na które jednak kiedyś chciałabym pójść. Czy ja się w ogóle gdzieś dostanę?
Poperfumowałam się wodą toaletową Jimmy Choo i wyszłam przed dom. Jason się spóźniał. Gdy po dziesięciu minutach usłyszałam silnik jakiegoś samochodu, miałam nadzieję że to on. Ale niestety – był to sportowy, granatowy Bentley. Po chwili ów Bentley zatrąbił do mnie. Podeszłam, a w przyciemnianej szybie zobaczyłam Jasona!
- Skąd masz taki samochód? – krzyknęłam zachwycona, wsiadając do auta.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. – prychnął, po czym szelmowsko się uśmiechnął. Wyglądał dziś świetnie w cienkiej, czarnej koszulce, która opinała się na jego umięśnionych barkach. Na moich policzkach mimowolnie pojawiły się czerwone rumieńce. Gdy to dostrzegł, jego usta wygięły się w uroczy uśmiech, którego chyba tak samo jak ja nie kontrolował. W radiu leciała jedna z moich ulubionych piosenek Green Day, a niebo miało kolor turkusu. To chyba jeden z moich pierwszych razów, kiedy to uśmiechałam się jadąc do szkoły.
Podczas wysiadania z samochodu wysypałam na ziemię zawartość mojej torby Miu Miu, ale na szczęście Jason pomógł mi pozbierać rzeczy.  Pewna siebie jak zawsze i gotowa do działania wkroczyłam do zabytkowego budynku Jackson High.  Gdy przechodziłam przez główny korytarz wszyscy odwrócili swój wzrok w moją stronę.
- Sliczne buty, Susan! – jakaś kujonka z pierwszej klasy spojrzała na moje dwunastocentymetrowe szpilki z Louboutin.
- A twoje nie. – rzuciłam bez dłuższego zastanowienia, patrząc na jej paskudne mokasyny. Wszystkich ogarnął śmiech. Odgarnęłam burzę blond loków do tyłu i weszłam do dużej Sali od biznesu. Usiadłam w drugiej ławce obok Elaine, która przywitała mnie subtelnym uśmiechem. Czułam od niej zapach Chanel No’ 5. Ubrana była w skórzaną, czarną kurtkę Banana Republic, bordowe rurki i czarne trampki Converse. Proste blond włosy upięła w wysoki kucyk.
- Jak się miewa Królewska mość? – zapytała sarkastycznie, jej twarz przybrała wredny wyraz.
- Ujdzie. – odparłam, po czym wyjęłam z torby swój skórzany piórnik, podręcznik do zajęć z biznesu oraz Iphona. Dawno nie wysyłałam nic na Snapchacie, więc postanowiłam dodać swoje selfie z emotikonką korony oraz serduszka. Miałam na Snapie ponad dziewięćset osób, więc już po chwili kilka osób zachowało zdjęcie które wysłałam.
Lubiłam nawet zajęcia z biznesu, były ciekawe, ale najlepsze to że nauczyciel na lekcji praktycznie w ogóle nie zwracał uwagi na uczniów, mogli robić co chcą. Zazwyczaj na tych zajęciach spisywałam pracę domową, albo grzebałam w telefonie, ewentualnie czytałam jakąś gazetę lub książkę, ale dziś było inaczej. Dziś po prostu siedziałam i patrzyłam przez okno, patrząc na palmy, boisko do lacrosse’a, czmychające po ulicy samochody. Myślałam o Jasonie. Doszłam do wniosku, że bawi się ze mną w kota i myszkę. Ciągle zmienia mu się o mnie zdanie, raz jest miły i uroczy, raz jest wredny, śmieje się ze mnie. Pogrywa ze mną. I szczerze, nie podoba mi się to, choć jest w tym jego sposobie coś tajemniczego, seksownego, co bardzo mnie do niego przyciąga. Sama stosuję podobną taktykę.
Na krótkiej przerwie spostrzegłyśmy z Ayumi i Eleine tłum ludzi, gromadzących się przy tablicy informacyjnej. Wszyscy czytali wyniki szkolnej selekcji do stanowych biegów przełajowych. Na twarzach niektórych z nich malowała się ekscytacja, na innych stres lub zmartwienie.
- Zejść mi z drogi! – powiedziałam królewskim głosem. Wszyscy ustąpili mi miejsca. Zaczęłam szukać swojego nazwiska od dołu na długaśnej liście pięćdziesięciu dziewczyn z mojej szkoły, które przebiegły osiemset metrów w najszybszym tempie. W pewnym momencie poczułam niepokój, ponieważ nie mogłam znaleźć swojego nazwiska. Na szczęście znalazłam go… na samym szczycie listy! Przebiegłam z najlepszym czasem. Na mojej twarzy pojawił się triumfalny uśmieszek.
-Wiedziałam. – rzuciłam, starając się nie okazywać zbyt wielkich emocji. Wszyscy zaczęli bić mi brawo, wiwatować i gratulować zwycięstwa. Byłam szczęśliwa, że udało mi się odnieść taki sukces, ale gdy przeczytałam, że przez najbliższy miesiąc mam przychodzić codziennie przed lekcjami na godzinne treningi, odechciało mi się.
Lunch spędziłam z Ayumi i grupką najpopularniejszych chłopców w szkole - z drużyny lacrosse’a. Jedliśmy hamburgery z ekologicznej wołowiny i hummus. Moja przyjaciółka opowiadała o genialnej imprezie, na której byłyśmy we wtorek. Wszyscy byli bardzo zainteresowani, a post na twitterze, w którym śpiewałam nadal był przedmiotem plotek i cieszył się niezwykłą sławą. Robert Killam wyjaśnił mi trochę o najlepszej taktyce jaką można przyjąć na stanowych biegach przełajowych. W tamtym roku zajął trzecie miejsce, co było bardzo imponujące.
Po wyjściu ze szkoły postanowiłam pojechać do centrum handlowego z dziewczynami z mojego ‘‘fun clubu’’ w celu kupna nowych butów do biegania.  Mój ulubiony moll mieścił się na jednej z najbardziej znanych i ruchliwych ulic w Jacksonville. Nosił dość osobliwą nazwę The Downtown Big Dick, którą uwielbiałam właśnie dlatego że była tak kontrowersyjna. Budynek nie różnił się od innych pod względem architektury, był to dziesięciopiętrowy wieżowiec z widokiem na ocean. Jego szyby były granitowoszare, a obrotowe drzwi odbijały promienie słoneczne, mieniąc się wieloma kolorami.
Weszłyśmy do Nike. Pierwsze ładnie buty, które rzuciły mi się w oczy nazywały się Nike Flyknit Lunar i kosztowały 250 dolarów. Były zrobione z dwóch materiałów – fuksjowego i purpurowego. Ich podeszwa miała wiele barw. Przymierzam siódemkę i była dobra, więc wzięłam. Spodobały mi się też sportowe spodenki z najnowszej kolekcji, więc wzięłam dwie pary. No, i grzechem było nie kupić uroczych skarpetek w sztangi, które tak kusiły przy kasie. Wyciągnęłam moją platynową kartę debetową i zapłaciłam nie małą sumkę. Zawsze gdy robiłam zakupy w mojej głowie kłóciły się ze sobą dwa przeciwstawne uczucia – ekscytacja z powodu nowych rzeczy, oraz poczucie winy przez szastanie pieniędzy, które ciężko zarabiał mój ojczym. Starałam się zagłuszyć drugie uczucie i szybko pomknęłam do znajdującego się obok GAP’a. Przyszedł mi do głowy zabawny pomysł.  Kupię moim przyjaciółkom takie same bluzki, abym mogła rozpoznać, która z dziewczyn nią jest, bo było ich naprawdę sporo. Czasem zdarzały mi się nawet sytuacje, że zwracam się z czymś do jakiejś dziewczyny, bo myślałam że jest ona jedną z moich ‘’fanek’’, a potem okazuje się, że ona mnie nie zna. Wybrałam granatową tunikę z różową, brokatową gwiazdą na środku jako znak mnie. Kosztowała tylko dziesięć dolców. Na pewno się im spodoba. Wzięłam wszystkie bluzki z wieszaków, poprosiłam sprzedawczynię o resztę z magazynku, ale i tak liczba bluzek nie była wystarczająca dla dziewczyn, które chciałyby je nosić. Pomknęłam do Dunkin’ Donuts, gdzie siedziały dziewczyny i rozdałam koszulki. Były wniebowzięte. Becca Balzary obiecała mi, że zrobi za mnie wszystkie zadania na następny tydzień, Savannah Carradine załatwiła mi darmowy manicure w salonie swojego taty, a Jules Brooke powiedziała, że upiecze mi ciasto. Władanie przyjaciółkami jest boskie.
Chciałam pochodzić jeszcze trochę po sklepach, ale już bez bandy dziewczyn, która za mną łazi i obserwuje każdy mój ruch, więc pożegnałam się z nimi i pomknęłam w stronę Hollistera. Znalazłam genialne, ciemne, jeansowe szorty, postanowiłam je przymierzyć. W przymierzalni zamiast drzwi znajdowały się zamszowe zasłony, więc trudno było dostrzec która kabinka jest wolna. Odsłonęłam kawałek jednej z kabinek, która wydawała się wolna, więc weszłam do niej, natychmiastowo udając się w kierunku lustra, w celu zobaczenia stanu swojego makijażu. Dopiero po chwili spostrzegłam, że w kabince znajduje się jeszcze jedna osoba, na której widok krzyknęłam. To był Jason… bez koszulki! W momencie, gdy obydwoje zobaczyliśmy z kim mamy do czynienia, zaczęliśmy się bardzo intensywnie śmiać. Jego granatowe oczy świeciły się, a usta szeroko się uśmiechały. Klatka piersiowa była imponująca, musiał dużo ćwiczyć. Chciałam dotknąć jego mięśni brzucha, ale w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę, że byłoby to dziwne.
- Już wychodzę, przepraszam. – nieśmiało powiedziałam.
-Nie musisz. – usłyszałam jego głos, wychodząc. Zaczerwieniłam się, moje serce zaczęło bić w ekspresowym tempie. Na chwilę czas się zatrzymał, a ja znajdowałam się gdzieś powierzchni nieba a ziemi.
- Chyba jednak muszę. – odparłam cicho, chociaż tak naprawdę miałam ochotę tam do niego wrócić i wpaść mu w ramiona. Odłożyłam szorty na swoje miejsce i szybciutko przemknęłam przez całe centrum handlowe, nie zwracając uwagi, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę biegnącą w szpilkach. Rumieniec oraz uśmiech nie schodziły z mojej twarzy.

To uczucie mi się nawet podobało.

poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 2

We wtorkowe południe siedziałyśmy z Ayumi na zadaszonym patio w moim domu, pijąc kawę mrożoną. Dzisiejszego dnia nad Jacksonville krążyła potworna ulewa, czarne chmury wisiały niewysoko nad ziemią. Wilgotność powietrza wynosiła prawie sto procent. Oglądałyśmy hotele w Miami – mieście, do którego wybierałyśmy się w nadchodzącą przerwę wiosenną.
- Nie mogę uwierzyć, że wszystkie pięciogwiazdkowe hotele w South Beach są zarezerwowane. – powiedziałam poirytowana, po czym wsypałam łyżeczkę cukru trzcinowego do kawy.
- Żenada. – dodała Ayumi, rozpuszcając swoje piękne gęste włosy z luźnego warkocza. – Może zamieszkamy w Downtown? – zaproponowała.
- Ehmm… Za daleko od klubów. – odpowiedziałam, po czym kąciki naszych ust niemal synchronicznie podniosły się do góry.
  Na niebie pojawiła się błyskawica, zerwał się porywisty wiatr, który zmusił nas do wejścia do środka.  Z pośpiechu, wylałam kawę na swoje zielone, bawełniane spodenki z Ralph Lauren  i białą koszulkę polo z tej samej firmy.  Pobiegłam na górę zmienić swój strój, na taki sam tylko że w różowo – granatowej kolorystyce.  Gdy zbiegłam  z powrotem na dół, spostrzegłam wysokiego, siwego mężczyznę w średnim wieku, wyjmującego ze swojej mokrej teczki jakieś dokumenty.
-Ty nie w szkole Susan? – zapytał łagodnie, gdy mnie zauważył. To był Steve Holman  – mój ojczym. Steve był spoko. Miał dużo pieniędzy, nie posiadał dzieci ani byłej żony, bardzo łatwo się nim manipulowało. Nie podobało mi się w nim jedynie to, że często zostawiał brudne skarpetki na naszej skórzanej kanapie w kolorze karmelu.
- Zwolniono nas z powodu konkursu ekonomicznego. – skłamałam, wiedząc że Steve nie będzie się o nic dopytywać.  Nie poszłam do szkoły, ponieważ nie chciało mi się organizować dojazdu.
- Rozumiem.  – uśmiechnął się, po czym wspiął się po wiktoriańskich schodach na drugie piętro do mojej mamy.
Weszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie Ayumi z pokrojonym w kostki ananasem. Poplotkowałyśmy jeszcze chwilę o ohydnych butach Ricka Fieldena i rzekomym romansie młodego nauczyciela biologii z Naomi Vegą z rocznika wyżej. Generalnie było sympatycznie i zabawnie, ale musiałyśmy kończyć, bo Ayumi musiała posprzątać dom. Jej rodziców nie było przez trzy tygodnie. W tym czasie odbyło się tam kilka grubszych melanży.
- Słyszałaś, że dziś w kolejce nadziemnej znaleźli heroinę? – usłyszałam z góry głos Steva, podczas gdy zakładałam złotą bransoletkę na kostkę. Włosy stanęły mi dęba. Spokojnie Susan, nie pierwszy i nie ostatni raz znajdują tu narkotyki. To przecież Floryda – stan kubańskich przemytników tego towaru.
- Coś pisali w Gońcu florydzkim. – mruknęła moja mama, prawdopodobnie niezbyt zainteresowana tą sprawą. Błagam, niech to będzie tylko zwykły zbieg okoliczności, że to znalazło się w mojej torbie.
Wieczorem razem z Ayumi, Sarah i jej chłopakiem Paulem oraz Elaine, z którą pogodziłam się po tym jak chciała pożyczyć ode mnie czarną torbę DKNY, jechałyśmy granitowym Lexusem rodziców Sarah na plażę. Odbywała się tam lokalna impreza z udziałem zespołów z okolicy. Na tą okazję wybrałam białą sukienkę do kolan w różowe palmy z Guess, złote sandałki na koturnie od Steve’a Maddena oraz złotą torbę od tego samego projektanta. Ayumi postawiłą na czarny kombinezon z Wranglera i czarne dodatki. Elaine założyła bardzo obcisłą, wzorzystą sukienkę z Desiquala, dobrała do niej moją czarną torbę DKNY i czarne sandałki. Sarah ubrała zieloną, rozkloszowaną sukienkę z Forever 21 i skórzane sandałki oraz kopertówkę.  Paul – wysportowany blondyn z drużyny lacrosse założył zwykłe jasne jeansy i biały T-shirt z Hugo Boss. Choć każdy z nas wyglądał zupełnie inaczej tworzyliśmy całkiem ciekawy i dobrze ubrany zespół.
- Poproszę pięć  Bacardi! – zamówiłam nam drinki na bazie białego rumu, soku z limonki i grenadiny.  Podałam barmanowi pięćdziesięciodolarowy banknot. Mój głos rozszedł się po całym barze, przytłumiając dudniącą muzykę – cover utworu ‘’Everyone’’ zespołu Backstreet Boys. Wszędzie czuć było zapach papierosowego i haszyszowego dymu, mieszankę owocowych perfum oraz bryzy morskiej.  W pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok.  Ciemnoskóry mężczyzna z różowymi dredami i srebrnej kamizelce w zwierzęce wzory zapytał mnie czy chcę zaśpiewać karaoke. Ku swojemu własnemu zdziwieniu zgodziłam się. Wybrałam piosenkę ‘’Radioactive’’ Imagine Dragons. Występy przed publicznością szły mi świetnie. Kochałam być w centrum uwagi. Gdy Ayumi i reszta mnie usłyszeli , prawie pospadali z krzeseł. Nie miałam talentu do śpiewania, ale to jak pięknie wyglądałam rekompensowało nienajlepszy wokal.  Wszyscy ze zdumieniem na mnie patrzyli, a na koniec dostałam ogromne brawa. Przyjaciele oczywiście musieli nagrać moje wystąpienie i wstawić na twittera.
- Śpiewy śpiewami, ale gdzie są nasze drinki, Orchards? – zapytał Paul z wielkim uśmiechem na twarzy. Upss, chyba zostawiłam nasze drinki na pastwę losu.
-Zaraz je przyniosę! – odwzajemniłam mu słodki uśmiech. Miałam wypić jednego drinka, ale nistiry skomcxło sir na pinciyu drinkkahh. Generalnie bawiliśmy się świetnie, tańczyliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy pokaz fajerwerków, śpiewaliśmy do 3 w nocy, kiedy to taksówka zabrała nas do domów.
  Następnego dnia czułam się słabo, ale mam w zwyczaju nie pokazywać tego światu zewnętrznemu. Mimo iż była środa, a wczoraj nie poszłam do szkoły, dzisiaj również nie miałam zamiaru. Przerwa wiosenna już nie długo, więc same powtórki , a poza tym nie ma mnie kto zawieźć. Posmarowałam się regenerującym balsamem do ciała z opiłkami złota z Givenchy i położyłam z powrotem do łóżka. Spokój zaburzyło wołanie mojej matki. Schodząc na dół, widziałam puste butelki po przeróżnych alkoholach, porozwalane po całym domu. Wiele z nich było rozbitych, niektóre miały jeszcze resztki napoju. W moich oczach siedziało przerażenie.
- Wytłumaczysz mi to? – zapytała spokojnym, aczkolwiek nieprzyjaznym głosem mama.
- To nie ja. – odpowiedziałam ze łzami w oczach.
- A kto? Ja? Ja wróciłam wczoraj o czwartej w nocy z imprezy i mocno się upiłam? – dodała. Miała na sobie koszulę jeansową z Hilfigera i oliwkowe dresy. Złote włosy zaplotła w luźnego warkocza. W uszach nosiła dwudziestocztero karatowe kolczyki. Tak prezentował się jej ubiór na co dzień. – Jeśli posprzątasz to w ciągu pół godziny to zapomnimy o tym i potraktujemy to jako jeden z tryliona twoich błędów młodości, zgoda? – jej wyraz twarzy nie złagodniał.
   Tak jak powiedziała mama, tak zrobiłam. Mam szczęście, że jest jaka jest . Gdyby moje dziecko zachowywało się jak ja, już dawno wysłałabym je do najodleglejszego ośrodka psychiatrycznego w Stanach, jeśli w ogóle nie na świecie. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Czy to ja przyniosłam tu te dziesiątki butelek alkoholu? Przecież wracałam taksówką. Może przyjaciele zrobili mi żart? 
Ostatnio żarty, których ofiarom padam wcale nie są śmieszne. Są głupie i przerażające.