piątek, 6 marca 2015

Rozdział 3

- Potrzebujesz podwózki? – brzmiała treść wiadomości od Jasona Bucknera, którą dostałam przed sekundą. Był czwartkowy poranek, na szczęście nie tak wilgotny jak ostatnio, ale nadal upalny. Malowałam sobie paznokcie miętowym lakierem Essie, który pasował do bluzy Victoria’s Secret w tym samym kolorze, którą miałam dziś na sobie.
- Tak, bądź o 8:00. – odpowiedziałam na SMS-a.  Zeszłam do kuchni i zrobiłam sobie koktajl owocowy z marakui, truskawek i liczi. Otworzyłam gruby podręcznik do zajęć z biznesu. Nic nie umiałam z ostatniego tematu – marketing zwrotny. Chemii nie uczę się już chyba od dwóch miesięcy. To zwykła strata czasu. Zrobiło mi się trochę smutno myśląc o studiach, na które jednak kiedyś chciałabym pójść. Czy ja się w ogóle gdzieś dostanę?
Poperfumowałam się wodą toaletową Jimmy Choo i wyszłam przed dom. Jason się spóźniał. Gdy po dziesięciu minutach usłyszałam silnik jakiegoś samochodu, miałam nadzieję że to on. Ale niestety – był to sportowy, granatowy Bentley. Po chwili ów Bentley zatrąbił do mnie. Podeszłam, a w przyciemnianej szybie zobaczyłam Jasona!
- Skąd masz taki samochód? – krzyknęłam zachwycona, wsiadając do auta.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. – prychnął, po czym szelmowsko się uśmiechnął. Wyglądał dziś świetnie w cienkiej, czarnej koszulce, która opinała się na jego umięśnionych barkach. Na moich policzkach mimowolnie pojawiły się czerwone rumieńce. Gdy to dostrzegł, jego usta wygięły się w uroczy uśmiech, którego chyba tak samo jak ja nie kontrolował. W radiu leciała jedna z moich ulubionych piosenek Green Day, a niebo miało kolor turkusu. To chyba jeden z moich pierwszych razów, kiedy to uśmiechałam się jadąc do szkoły.
Podczas wysiadania z samochodu wysypałam na ziemię zawartość mojej torby Miu Miu, ale na szczęście Jason pomógł mi pozbierać rzeczy.  Pewna siebie jak zawsze i gotowa do działania wkroczyłam do zabytkowego budynku Jackson High.  Gdy przechodziłam przez główny korytarz wszyscy odwrócili swój wzrok w moją stronę.
- Sliczne buty, Susan! – jakaś kujonka z pierwszej klasy spojrzała na moje dwunastocentymetrowe szpilki z Louboutin.
- A twoje nie. – rzuciłam bez dłuższego zastanowienia, patrząc na jej paskudne mokasyny. Wszystkich ogarnął śmiech. Odgarnęłam burzę blond loków do tyłu i weszłam do dużej Sali od biznesu. Usiadłam w drugiej ławce obok Elaine, która przywitała mnie subtelnym uśmiechem. Czułam od niej zapach Chanel No’ 5. Ubrana była w skórzaną, czarną kurtkę Banana Republic, bordowe rurki i czarne trampki Converse. Proste blond włosy upięła w wysoki kucyk.
- Jak się miewa Królewska mość? – zapytała sarkastycznie, jej twarz przybrała wredny wyraz.
- Ujdzie. – odparłam, po czym wyjęłam z torby swój skórzany piórnik, podręcznik do zajęć z biznesu oraz Iphona. Dawno nie wysyłałam nic na Snapchacie, więc postanowiłam dodać swoje selfie z emotikonką korony oraz serduszka. Miałam na Snapie ponad dziewięćset osób, więc już po chwili kilka osób zachowało zdjęcie które wysłałam.
Lubiłam nawet zajęcia z biznesu, były ciekawe, ale najlepsze to że nauczyciel na lekcji praktycznie w ogóle nie zwracał uwagi na uczniów, mogli robić co chcą. Zazwyczaj na tych zajęciach spisywałam pracę domową, albo grzebałam w telefonie, ewentualnie czytałam jakąś gazetę lub książkę, ale dziś było inaczej. Dziś po prostu siedziałam i patrzyłam przez okno, patrząc na palmy, boisko do lacrosse’a, czmychające po ulicy samochody. Myślałam o Jasonie. Doszłam do wniosku, że bawi się ze mną w kota i myszkę. Ciągle zmienia mu się o mnie zdanie, raz jest miły i uroczy, raz jest wredny, śmieje się ze mnie. Pogrywa ze mną. I szczerze, nie podoba mi się to, choć jest w tym jego sposobie coś tajemniczego, seksownego, co bardzo mnie do niego przyciąga. Sama stosuję podobną taktykę.
Na krótkiej przerwie spostrzegłyśmy z Ayumi i Eleine tłum ludzi, gromadzących się przy tablicy informacyjnej. Wszyscy czytali wyniki szkolnej selekcji do stanowych biegów przełajowych. Na twarzach niektórych z nich malowała się ekscytacja, na innych stres lub zmartwienie.
- Zejść mi z drogi! – powiedziałam królewskim głosem. Wszyscy ustąpili mi miejsca. Zaczęłam szukać swojego nazwiska od dołu na długaśnej liście pięćdziesięciu dziewczyn z mojej szkoły, które przebiegły osiemset metrów w najszybszym tempie. W pewnym momencie poczułam niepokój, ponieważ nie mogłam znaleźć swojego nazwiska. Na szczęście znalazłam go… na samym szczycie listy! Przebiegłam z najlepszym czasem. Na mojej twarzy pojawił się triumfalny uśmieszek.
-Wiedziałam. – rzuciłam, starając się nie okazywać zbyt wielkich emocji. Wszyscy zaczęli bić mi brawo, wiwatować i gratulować zwycięstwa. Byłam szczęśliwa, że udało mi się odnieść taki sukces, ale gdy przeczytałam, że przez najbliższy miesiąc mam przychodzić codziennie przed lekcjami na godzinne treningi, odechciało mi się.
Lunch spędziłam z Ayumi i grupką najpopularniejszych chłopców w szkole - z drużyny lacrosse’a. Jedliśmy hamburgery z ekologicznej wołowiny i hummus. Moja przyjaciółka opowiadała o genialnej imprezie, na której byłyśmy we wtorek. Wszyscy byli bardzo zainteresowani, a post na twitterze, w którym śpiewałam nadal był przedmiotem plotek i cieszył się niezwykłą sławą. Robert Killam wyjaśnił mi trochę o najlepszej taktyce jaką można przyjąć na stanowych biegach przełajowych. W tamtym roku zajął trzecie miejsce, co było bardzo imponujące.
Po wyjściu ze szkoły postanowiłam pojechać do centrum handlowego z dziewczynami z mojego ‘‘fun clubu’’ w celu kupna nowych butów do biegania.  Mój ulubiony moll mieścił się na jednej z najbardziej znanych i ruchliwych ulic w Jacksonville. Nosił dość osobliwą nazwę The Downtown Big Dick, którą uwielbiałam właśnie dlatego że była tak kontrowersyjna. Budynek nie różnił się od innych pod względem architektury, był to dziesięciopiętrowy wieżowiec z widokiem na ocean. Jego szyby były granitowoszare, a obrotowe drzwi odbijały promienie słoneczne, mieniąc się wieloma kolorami.
Weszłyśmy do Nike. Pierwsze ładnie buty, które rzuciły mi się w oczy nazywały się Nike Flyknit Lunar i kosztowały 250 dolarów. Były zrobione z dwóch materiałów – fuksjowego i purpurowego. Ich podeszwa miała wiele barw. Przymierzam siódemkę i była dobra, więc wzięłam. Spodobały mi się też sportowe spodenki z najnowszej kolekcji, więc wzięłam dwie pary. No, i grzechem było nie kupić uroczych skarpetek w sztangi, które tak kusiły przy kasie. Wyciągnęłam moją platynową kartę debetową i zapłaciłam nie małą sumkę. Zawsze gdy robiłam zakupy w mojej głowie kłóciły się ze sobą dwa przeciwstawne uczucia – ekscytacja z powodu nowych rzeczy, oraz poczucie winy przez szastanie pieniędzy, które ciężko zarabiał mój ojczym. Starałam się zagłuszyć drugie uczucie i szybko pomknęłam do znajdującego się obok GAP’a. Przyszedł mi do głowy zabawny pomysł.  Kupię moim przyjaciółkom takie same bluzki, abym mogła rozpoznać, która z dziewczyn nią jest, bo było ich naprawdę sporo. Czasem zdarzały mi się nawet sytuacje, że zwracam się z czymś do jakiejś dziewczyny, bo myślałam że jest ona jedną z moich ‘’fanek’’, a potem okazuje się, że ona mnie nie zna. Wybrałam granatową tunikę z różową, brokatową gwiazdą na środku jako znak mnie. Kosztowała tylko dziesięć dolców. Na pewno się im spodoba. Wzięłam wszystkie bluzki z wieszaków, poprosiłam sprzedawczynię o resztę z magazynku, ale i tak liczba bluzek nie była wystarczająca dla dziewczyn, które chciałyby je nosić. Pomknęłam do Dunkin’ Donuts, gdzie siedziały dziewczyny i rozdałam koszulki. Były wniebowzięte. Becca Balzary obiecała mi, że zrobi za mnie wszystkie zadania na następny tydzień, Savannah Carradine załatwiła mi darmowy manicure w salonie swojego taty, a Jules Brooke powiedziała, że upiecze mi ciasto. Władanie przyjaciółkami jest boskie.
Chciałam pochodzić jeszcze trochę po sklepach, ale już bez bandy dziewczyn, która za mną łazi i obserwuje każdy mój ruch, więc pożegnałam się z nimi i pomknęłam w stronę Hollistera. Znalazłam genialne, ciemne, jeansowe szorty, postanowiłam je przymierzyć. W przymierzalni zamiast drzwi znajdowały się zamszowe zasłony, więc trudno było dostrzec która kabinka jest wolna. Odsłonęłam kawałek jednej z kabinek, która wydawała się wolna, więc weszłam do niej, natychmiastowo udając się w kierunku lustra, w celu zobaczenia stanu swojego makijażu. Dopiero po chwili spostrzegłam, że w kabince znajduje się jeszcze jedna osoba, na której widok krzyknęłam. To był Jason… bez koszulki! W momencie, gdy obydwoje zobaczyliśmy z kim mamy do czynienia, zaczęliśmy się bardzo intensywnie śmiać. Jego granatowe oczy świeciły się, a usta szeroko się uśmiechały. Klatka piersiowa była imponująca, musiał dużo ćwiczyć. Chciałam dotknąć jego mięśni brzucha, ale w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę, że byłoby to dziwne.
- Już wychodzę, przepraszam. – nieśmiało powiedziałam.
-Nie musisz. – usłyszałam jego głos, wychodząc. Zaczerwieniłam się, moje serce zaczęło bić w ekspresowym tempie. Na chwilę czas się zatrzymał, a ja znajdowałam się gdzieś powierzchni nieba a ziemi.
- Chyba jednak muszę. – odparłam cicho, chociaż tak naprawdę miałam ochotę tam do niego wrócić i wpaść mu w ramiona. Odłożyłam szorty na swoje miejsce i szybciutko przemknęłam przez całe centrum handlowe, nie zwracając uwagi, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę biegnącą w szpilkach. Rumieniec oraz uśmiech nie schodziły z mojej twarzy.

To uczucie mi się nawet podobało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz