poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 2

We wtorkowe południe siedziałyśmy z Ayumi na zadaszonym patio w moim domu, pijąc kawę mrożoną. Dzisiejszego dnia nad Jacksonville krążyła potworna ulewa, czarne chmury wisiały niewysoko nad ziemią. Wilgotność powietrza wynosiła prawie sto procent. Oglądałyśmy hotele w Miami – mieście, do którego wybierałyśmy się w nadchodzącą przerwę wiosenną.
- Nie mogę uwierzyć, że wszystkie pięciogwiazdkowe hotele w South Beach są zarezerwowane. – powiedziałam poirytowana, po czym wsypałam łyżeczkę cukru trzcinowego do kawy.
- Żenada. – dodała Ayumi, rozpuszcając swoje piękne gęste włosy z luźnego warkocza. – Może zamieszkamy w Downtown? – zaproponowała.
- Ehmm… Za daleko od klubów. – odpowiedziałam, po czym kąciki naszych ust niemal synchronicznie podniosły się do góry.
  Na niebie pojawiła się błyskawica, zerwał się porywisty wiatr, który zmusił nas do wejścia do środka.  Z pośpiechu, wylałam kawę na swoje zielone, bawełniane spodenki z Ralph Lauren  i białą koszulkę polo z tej samej firmy.  Pobiegłam na górę zmienić swój strój, na taki sam tylko że w różowo – granatowej kolorystyce.  Gdy zbiegłam  z powrotem na dół, spostrzegłam wysokiego, siwego mężczyznę w średnim wieku, wyjmującego ze swojej mokrej teczki jakieś dokumenty.
-Ty nie w szkole Susan? – zapytał łagodnie, gdy mnie zauważył. To był Steve Holman  – mój ojczym. Steve był spoko. Miał dużo pieniędzy, nie posiadał dzieci ani byłej żony, bardzo łatwo się nim manipulowało. Nie podobało mi się w nim jedynie to, że często zostawiał brudne skarpetki na naszej skórzanej kanapie w kolorze karmelu.
- Zwolniono nas z powodu konkursu ekonomicznego. – skłamałam, wiedząc że Steve nie będzie się o nic dopytywać.  Nie poszłam do szkoły, ponieważ nie chciało mi się organizować dojazdu.
- Rozumiem.  – uśmiechnął się, po czym wspiął się po wiktoriańskich schodach na drugie piętro do mojej mamy.
Weszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie Ayumi z pokrojonym w kostki ananasem. Poplotkowałyśmy jeszcze chwilę o ohydnych butach Ricka Fieldena i rzekomym romansie młodego nauczyciela biologii z Naomi Vegą z rocznika wyżej. Generalnie było sympatycznie i zabawnie, ale musiałyśmy kończyć, bo Ayumi musiała posprzątać dom. Jej rodziców nie było przez trzy tygodnie. W tym czasie odbyło się tam kilka grubszych melanży.
- Słyszałaś, że dziś w kolejce nadziemnej znaleźli heroinę? – usłyszałam z góry głos Steva, podczas gdy zakładałam złotą bransoletkę na kostkę. Włosy stanęły mi dęba. Spokojnie Susan, nie pierwszy i nie ostatni raz znajdują tu narkotyki. To przecież Floryda – stan kubańskich przemytników tego towaru.
- Coś pisali w Gońcu florydzkim. – mruknęła moja mama, prawdopodobnie niezbyt zainteresowana tą sprawą. Błagam, niech to będzie tylko zwykły zbieg okoliczności, że to znalazło się w mojej torbie.
Wieczorem razem z Ayumi, Sarah i jej chłopakiem Paulem oraz Elaine, z którą pogodziłam się po tym jak chciała pożyczyć ode mnie czarną torbę DKNY, jechałyśmy granitowym Lexusem rodziców Sarah na plażę. Odbywała się tam lokalna impreza z udziałem zespołów z okolicy. Na tą okazję wybrałam białą sukienkę do kolan w różowe palmy z Guess, złote sandałki na koturnie od Steve’a Maddena oraz złotą torbę od tego samego projektanta. Ayumi postawiłą na czarny kombinezon z Wranglera i czarne dodatki. Elaine założyła bardzo obcisłą, wzorzystą sukienkę z Desiquala, dobrała do niej moją czarną torbę DKNY i czarne sandałki. Sarah ubrała zieloną, rozkloszowaną sukienkę z Forever 21 i skórzane sandałki oraz kopertówkę.  Paul – wysportowany blondyn z drużyny lacrosse założył zwykłe jasne jeansy i biały T-shirt z Hugo Boss. Choć każdy z nas wyglądał zupełnie inaczej tworzyliśmy całkiem ciekawy i dobrze ubrany zespół.
- Poproszę pięć  Bacardi! – zamówiłam nam drinki na bazie białego rumu, soku z limonki i grenadiny.  Podałam barmanowi pięćdziesięciodolarowy banknot. Mój głos rozszedł się po całym barze, przytłumiając dudniącą muzykę – cover utworu ‘’Everyone’’ zespołu Backstreet Boys. Wszędzie czuć było zapach papierosowego i haszyszowego dymu, mieszankę owocowych perfum oraz bryzy morskiej.  W pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok.  Ciemnoskóry mężczyzna z różowymi dredami i srebrnej kamizelce w zwierzęce wzory zapytał mnie czy chcę zaśpiewać karaoke. Ku swojemu własnemu zdziwieniu zgodziłam się. Wybrałam piosenkę ‘’Radioactive’’ Imagine Dragons. Występy przed publicznością szły mi świetnie. Kochałam być w centrum uwagi. Gdy Ayumi i reszta mnie usłyszeli , prawie pospadali z krzeseł. Nie miałam talentu do śpiewania, ale to jak pięknie wyglądałam rekompensowało nienajlepszy wokal.  Wszyscy ze zdumieniem na mnie patrzyli, a na koniec dostałam ogromne brawa. Przyjaciele oczywiście musieli nagrać moje wystąpienie i wstawić na twittera.
- Śpiewy śpiewami, ale gdzie są nasze drinki, Orchards? – zapytał Paul z wielkim uśmiechem na twarzy. Upss, chyba zostawiłam nasze drinki na pastwę losu.
-Zaraz je przyniosę! – odwzajemniłam mu słodki uśmiech. Miałam wypić jednego drinka, ale nistiry skomcxło sir na pinciyu drinkkahh. Generalnie bawiliśmy się świetnie, tańczyliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy pokaz fajerwerków, śpiewaliśmy do 3 w nocy, kiedy to taksówka zabrała nas do domów.
  Następnego dnia czułam się słabo, ale mam w zwyczaju nie pokazywać tego światu zewnętrznemu. Mimo iż była środa, a wczoraj nie poszłam do szkoły, dzisiaj również nie miałam zamiaru. Przerwa wiosenna już nie długo, więc same powtórki , a poza tym nie ma mnie kto zawieźć. Posmarowałam się regenerującym balsamem do ciała z opiłkami złota z Givenchy i położyłam z powrotem do łóżka. Spokój zaburzyło wołanie mojej matki. Schodząc na dół, widziałam puste butelki po przeróżnych alkoholach, porozwalane po całym domu. Wiele z nich było rozbitych, niektóre miały jeszcze resztki napoju. W moich oczach siedziało przerażenie.
- Wytłumaczysz mi to? – zapytała spokojnym, aczkolwiek nieprzyjaznym głosem mama.
- To nie ja. – odpowiedziałam ze łzami w oczach.
- A kto? Ja? Ja wróciłam wczoraj o czwartej w nocy z imprezy i mocno się upiłam? – dodała. Miała na sobie koszulę jeansową z Hilfigera i oliwkowe dresy. Złote włosy zaplotła w luźnego warkocza. W uszach nosiła dwudziestocztero karatowe kolczyki. Tak prezentował się jej ubiór na co dzień. – Jeśli posprzątasz to w ciągu pół godziny to zapomnimy o tym i potraktujemy to jako jeden z tryliona twoich błędów młodości, zgoda? – jej wyraz twarzy nie złagodniał.
   Tak jak powiedziała mama, tak zrobiłam. Mam szczęście, że jest jaka jest . Gdyby moje dziecko zachowywało się jak ja, już dawno wysłałabym je do najodleglejszego ośrodka psychiatrycznego w Stanach, jeśli w ogóle nie na świecie. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Czy to ja przyniosłam tu te dziesiątki butelek alkoholu? Przecież wracałam taksówką. Może przyjaciele zrobili mi żart? 
Ostatnio żarty, których ofiarom padam wcale nie są śmieszne. Są głupie i przerażające.
  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz