Poczułam paraliż w
całym ciele. Cienkie, szorstkie sznurki wrzynały się w moje nadgarstki, kostki i biodra. Byłam przywiązana do
krzesła. Drzazgi wbijały się w moje ciało. Próbowałam krzyczeć, ale ciepła
dłoń, pachnąca mdłym kremem kokosowym trzymała mocno moje usta, nie poddając
się moim desperackim próbom uwolnienia się, poprzez majtanie głową na wszystkie
strony. Wreszcie poczułam jak obkleja mi dolną część twarzy mocną taśmą
budowlaną. Chwilę potem odkleiła mi tą samą taśmę z oczu, wyrywając dużą kępkę
rzęs. To była Ayumi Ito. Zobaczyłam jej tajemniczy uśmieszek, oraz czarne oczy,
które błyszczały. Za nią stały Elaine Roerig i Sarah Bennet, chichotały. Ayumi
przecięła mi koszulkę. Elaine wyjęła z wiadra duży, płaski płat mięsa,
ociekający krwią. Położyła mi go na nagiej klatce piersiowej. Był zimny i
cuchnący, po moim ciele przeszedł dreszcz. Wybuchnęły śmiechem. Rozsmarowały na
mnie resztę krwi i wmasowały we włosy, jakby była to odżywka.
- Będziesz pięknie
pachnieć! – zawołała Sarah, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Gdy zapach krwi
rozniósł się po starym warsztacie samochodowym, w którym znajdowałyśmy się,
Ayumi wyszła z pomieszczenia i wróciła po kilku minutach z pewnym narzędziem,
którego dokładnie nie widziałam. Nastawiła coś. Po chwili usłyszałam warkot, który
zagłuszył, lecącą z zardzewiałego gramofonu piosenkę Nirvany ‘’Breed’’. Warkot przypominał
kosiarkę. Dopiero potem dotarło do mnie, że Ayumi stoi tuż za moimi plecami z mechaniczną
piłą łańcuchową. Opiera swoje, pachnące kokosem ręce na moich ramionach i po
chwili obydwie topimy się niczym gorący wosk. Poczułam przeszywający ból…
Obudziłam się w swojej
sypialni, cała czerwona, płytko oddychając. Wczoraj wieczorem, gdy znalazłam
krew we własnym portfelu pobiegłam do domu. Po drodze spotkałam dziewczyny
siedzące przed domem Elaine. Gdy zobaczyły mnie w tym stanie – rozdrażnioną i
pojękującą co kilka sekund, roześmiały się do rozpuku. Tak jakby dokładnie
wiedziały co mi się przytrafiło… Od tamtej chwili prześladowały mnie różne
dziwne myśli i koszmary, na które zupełnie nie miałam ochoty.
Po kilku godzinach
spędzonych na płakaniu w poduszkę i próbach obejrzenia ostatniej części Piratów
z Karaibów, postanowiłam wypocić swoje troski i iść na trening biegacki, przygotowujący
do zawodów stanowych, które miały odbyć się za dwa miesiące. Żółta, sportowa
koszulka z cienkiego materiału firmy New Balance tylko podkreślała niezdrowy
kolor mojej cery, ale obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować.
Tenisówki tej samej firmy miały o 2 numery za duży rozmiar, kupiłam je,
ponieważ posiadały zamszowe wstawki i idealnie pasowały do żółtej koszulki. No
i były z edycji limitowanej. Ludzie, których spotkałam na bieżni przyglądali mi
się uważnie, zapewne, gdyby wiedzieli jak beznadziejnie się czuję, zdziwiliby
się bardzo, ponieważ nieskromnie lecz obiektywnie stwierdzę, że mimo tego
słabego samopoczucia, bladości cery, podkrążonych oczu i braku energii wyglądałam
całkiem przyzwoicie.
Pff… Wyglądałam
perfekcyjnie. Nazywam się Susan Orchards i wyglądam perfekcyjnie nawet w dresie,
po pięciu melanżach, dwóch nieprzespanych nocach i bez makijażu.
Po pięciu kilometrach,
przebiegniętych w ciągu niecałych dwudziestu minut byłam wykończona, ale i
bardzo szczęśliwa. Wysiłek fizyczny był najlepszym pomysłem jaki przyszedł mi
do głowy w ciągu ostatnich dwóch dni. W towarzystwie dwóch sympatycznych
chłopców – studentów lokalnej Akademii Wychowania Fizycznego, którzy
przychodzili do centrum sportu na praktyki, udałam się do pobliskiej kafejki,
gdzie sprzedawano zdrowe lody. Wybrałam te o smaku truskawek i liczi i wśród
krzewów begonii, która przestawała już kwitnąć, rozmawialiśmy o moich wynikach
i rekordach biegackich. Dominick i Dave wypowiedzieli same komplementy na mój
temat i z rozmarzonymi oczami wypisali mi kupon do darmowego korzystania z
tutejszego klubu fitness i spa na najbliższy rok.
Kupiłam jeszcze porcję
lodów liczi na wynos w kubku termicznym, ponieważ smakowały wyśmienicie, a
liczi było moim ulubionym owocem i zawsze, gdy spotykałam jakiś produkt z niego
musiałam go kupić. W szóstej klasie kupiłam papierosa elektrycznego tylko
dlatego, że był o zapachu liczi. Gdy mama go znalazła troszkę się zdziwiła,
mimo że już w tamtym okresie było wiadomo, że nie będę łatwym nastolatkiem.
W trakcie drogi do domu
czułam się bardzo dobrze. Florydzkie słońce w kolorze dojrzałej pomarańczy
właśnie schodziło za horyzont. Samochody z piskiem opon wchodziły w zakręt
obok, którego stałam, wiatr przyjemnie chłodził moją zaczerwienioną skórę. Tak
było do momentu, w którym poczułam zapach mdłego, kokosowego kremu. Słońce
gwałtownie schowało się za chmurami, żaden samochód nie jechał ulicą, powietrze
stało się jeszcze bardziej parne niż zwykle. Pachniało nieprzyjemną mieszanką
spalin, kokosa, stęchlizny i dziwnej, podejrzanej woni, którą skądś znałam, ale
nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Zakręciło mi się w głowie, upadłam na
kolana. Wszędzie widziałam krew, w mojej ręce nie wiem skąd, pojawił się nóż.
Czarne ptaki, podajże kruki skubały kawałki mięsa z czegoś co przypominały
martwą sarnę, która leżała trzy metry po mojej lewej. Ayumi Ito, Elaine Roerig,
Sarah Bennet, Savannah Carradine, Kristen Zayas i kilka innych moich koleżanek
taplały się we wielkim jeziorku, wypełnionym gęstą krwią, wesoło o czymś
rozmawiając. Poczułam coś uderzającego w moją twarz. Była ziemia, rzucona we
mnie wielką łopatą przez Jasona, który płacząc mówił coś do mnie, niestety nie
mogłam zrozumieć co. Nagle zawiał silny wiatr i wszystko to znikło niczym
nietrwały popiół. Na końcu pojawiła się jeszcze jedna postać. Mężczyzna. Nie
poznałam go.
- Musisz się zmienić,
musisz zrozumieć jakie błędy popełniasz. Jak zachowujesz się wobec ludzi. Jakie
są dla ciebie najważniejsze wartości. Jesteś jednym wielkim niczym. – odparł opanowanym
głosem, łza kręciła mu się w oku.
- Dobrze. – nie wiem
dlaczego wypowiedziałam to słowo, byłam tak kompletnie zmieszana, że nie
wiedziałam co się dzieję. Łzy poleciały mi po policzkach. Mężczyzna otarł je
swoimi delikatnymi, ale silnymi dłońmi.
Stałam przy drodze,
gdzie mnóstwo samochodów nieuważnie wchodziło w zakręt, słońce zachodziło, a cudowny
wiaterek rozwiewał mi włosy. Nie było czuć już mdłego kokosa, tylko słodki
zapach kwitnącej begonii, prawdopodobnie czułam go ostatni raz w tym roku.
Uwielbiałam ten zapach.
Czy to był tata?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz