Na głównej ulicy Jacksonville, potocznie
zwanej Shotline mieściło się kilka znanych w obrębie całej Florydy klubów.
Jeden z nich był szczególnie sławny, aż do tego stopnia, że miejsca w nim
trzeba było rezerwować kilka miesięcy przed imprezą. Dobra muzyka, srebrne
szyby, ekskluzywne jedzenie, wyborne alkohole – wszystko to wydawało się być
perfekcyjnym zestawieniem na jedyne w życiu, słodkie osiemnaste urodziny.
Niestety
Elaine Roerig nie zadbała o jeden mały szczegół, aby urządzić najlepszego party
świata.
Była cudowna sobota –
ciepła i słoneczna. Powietrze pachniało szczęściem, morską bryzą i kwitnącą
begonią. Słychać było śmiech dzieci i ich rodziców, jedzących świeże lody waniliowe
z ekologicznej cukierni przy skrzyżowaniu oraz dźwięk deskorolek, jeżdżących po
patio państwa Deegweed – sąsiadów.
- Zachowałaś się jak kompletna suka! –
warknęła Ayumi Ito, tupiąc nogą w moje marmurowe schody. Obok niej stała wściekła
Elaine Roerig z kompletnie rozmazaną maskarą wokół oczu. Pod palmą siedziała
znudzona Sarah Bennet z jedną różową słuchawką w uchu. Patrzyłyśmy na siebie w
milczeniu i każda z nas zdawała się chętna zabicia drugiej. Nie potrafiłam
wydobyć z siebie ani słowa.
Wczoraj był dość ważny
dzień, miała się odbyć jeszcze ważniejsza impreza. Impreza, którą zobowiązałam
się zorganizować. Było to ustalone już od dawna, a ja najzwyczajniej w świecie
zapomniałam. Czas zleciał tak szybko… Pój Jackson High zebrało się wczoraj u
wrót Shotswing przy Shotline Street, poubierane w najlepsze ciuchy, czekające
na najlepszą imprezę w historii tej szkoły. Nie wpuszczono ich do lokalu z
prostej przyczyny… nie mieli zarezerwowanych miejsc. Osiemnastka Elaine okazała
się kompletnym niewypałem. Upokorzyła się przed szkołą, a urodziny spędziła w
tanim barze wietnamskim, lejąc swoje łzy na ‘’sajgonki z Hanoi’’.
Ja w tym czasie albo
ćwiczyłam jogę, albo leżałam w łóżku fantazjując o Jasonie. Teraz Ayumi, Elaine
i Sarah znajdowały się na marmurowych schodach przed moim domem i wlepiały we
mnie mordercze spojrzenia. W sumie wyszła z tego trochę głupia sytuacja,
ale nie zamierzałam błagać je na kolanach o wybaczenie i udawać, że jest mi z
tego powodu bardzo przykro. Co ostatnio te dziewczyny dla mnie zrobiły? Gdy
miałam wypadek, w szpitalu odwiedziła mnie Savannah - jedna z ‘’fanek’’, nawet
nie wiem, do której klasy chodzi. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Przepraszam. – tylko tyle
potrafiłam z siebie wydusić. Nie otrzymałam odpowiedzi. Dziewczyny nadal
patrzyły się na mnie z nienawiścią, nawet nie mrugając oczami. Słychać było
tylko niegłośną piosenkę Sama Smitha, wydobywającą się z Iphona Sarah. Ścisnęło
mnie w brzuchu.
- Twoje ‘’przepraszam’’
nic nie zmieni. – odparła Elaine, przez zaciśnięte usta.
- Masz świadomość, że
świat się nie skończył, prawda? – uśmiechnęłam się, ku zdziwieniu siebie i
dziewczyn. Widać było, że moja reakcja poddenerwowała je jeszcze bardziej.
Ayumi z całej siły kopnęła wielką, kamienną wazę, która rozbiła się na kilka
części. Nie dość, że ta waza była cholernie droga, była też jedną z niewielu
pamiątek po moim tacie. A Ayumi o tym doskonale wiedziała.
- To koniec, Susan
Orchards. Nie jedziemy razem na ferie wiosenne. Wieczorem odwołam hotel. Mamy
dosyć bycia traktowanymi przez ciebie jak śmieci. – wyrecytowała Ayumi.
Dziewczyny spojrzały się na siebie porozumiewawczo, po czym lekko uśmiechnęły.
- Jesteście nimi. –
odpowiedziałam cicho, ale wystarczająco głośno, aby to usłyszały. Mimowolnie poleciała
mi łza po policzku, gdy zerknęłam na wazę. Weszłam do domu. Nie czułam się źle.
Czułam się po prostu lekko zmieszana. Byłam z siebie dumna, że zachowałam swoje
zdanie do końca i pokazałam swoją osobowość. Nie ważne, że po policzkach ciekł
mi wodospad łez. Przystawiłam drzwi do ucha, aby usłyszeć rozmowę dziewczyn,
które jeszcze stały na ganku. Niestety nie udało mi się usłyszeć niczego oprócz
słowa ‘’pożałuje’’. Jedyne co zobaczyłam to znikający za cisami biały sweterek od
Calvina Claina Sarah.
Już miałam sięgnąć po
Iphona i zadzwonić do Jasona, ale w porę się powstrzymałam. Jeszcze pomyśli
sobie, że jestem jakąś nachalną i niedającą rady poradzić sobie ze swoim życiem
idiotką. W tym momencie normalnie wskoczyłabym do basenu, ale nie wiadomo z
jakiego powodu było mi zimno. Bardzo zimno.
- Mamo, waza się
rozbiła! Ayumi niechcący się o nią oparła! – krzyknęłam, przypominając sobie o
stracie. Kolejne trzy godziny spędziłyśmy na sklejaniu wazy.
***
Wieczorem pojechałam
kolejką nadziemną na targ rybny po świeże owoce morza. Miałam ochotę na miętusa
w sosie jarmużowym. Chciałam kupić też langusty i kilogram muli. Po stresujących
sytuacjach wyglądałam jakby to powiedzieć delikatnie… niekorzystnie. Miałam
fioletowe dołki pod oczami, które i tak były prawie niewidoczne po nałożeniu
kryjącego korektora MAC, blade usta i nieujarzmione włosy. Zapach martwych ryb
albo był dzisiaj dużo intensywniejszy, albo po prostu tak mi się wydawało. Tak
bardzo chciałam skończyć rybne zakupy, że z pośpiechu potknęłam się o sieć
rybacką i wpadłam w ramiona starego rybaka, pachnącego alkoholem i tabaką. Ugh.
Podeszłam do pierwszego lepszego stoiska i wybrałam najzwyklejszego w świecie
łososia i trochę krewetek tygrysich. Gdy otworzyłam mój złoto – czarny portfel
Chanel, aby zapłacić za jedzenie, wylała się z niego dziwna czarna maź. Szczęście
mi dopisało i znalazłam w tylnej kieszeni moich grejpfrutowych szortów z Diesla
sto dolców. Zapłaciłam za zakupy, i pomijając fakt, że miałam na sobie
dziesięciocentymetrowe sandałki od Steve’a Maddena, pobiegłam około pół
kilometra do pobliskiego parku, aby zidentyfikować zawartość mojego portfela.
Siadając na ławce, rozsunęłam złoty suwak i wyciągnęłam wszystkie karty i
gotówkę, które były usmarowane czarną, lepką breją. Dopiero po chwili mój mózg
zaczął pracować. Rozsmarowałam drobną ilość cieczy na zewnętrznej stronie mojej
dłoni, niczym robiąc w drogerii podgląd szminki potencjalnej do kupna. To było
CZERWONE. Czy to była KREW? Błagam, żeby to nie była KREW… Powiedzcie, że mam
niesłuszne przeczucie… Powiedzcie, że to nie KREW…
Tak, to KREW.
:-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz